<?xml version='1.0' encoding='UTF-8'?><?xml-stylesheet href="http://www.blogger.com/styles/atom.css" type="text/css"?><feed xmlns='http://www.w3.org/2005/Atom' xmlns:openSearch='http://a9.com/-/spec/opensearchrss/1.0/' xmlns:georss='http://www.georss.org/georss' xmlns:gd='http://schemas.google.com/g/2005' xmlns:thr='http://purl.org/syndication/thread/1.0'><id>tag:blogger.com,1999:blog-2725216450122470845</id><updated>2011-11-27T17:06:14.408-08:00</updated><category term='głusza'/><category term='zwiedzanie'/><category term='pustynia'/><category term='piasek'/><category term='morze'/><category term='buggy'/><category term='podróże zagraniczne'/><category term='słońce'/><category term='hotel'/><category term='Polskie zakamarki'/><title type='text'>Wędrówki dalekie i bliskie.</title><subtitle type='html'>Znajdziesz tu relacje z naszych podróży. Z miejsc bliskich i dalekich. 

Miłych i mniej miłych. Pięknych i zachwycających albo mrocznych i odpychających.</subtitle><link rel='http://schemas.google.com/g/2005#feed' type='application/atom+xml' href='http://rodzinawedrowcow.blogspot.com/feeds/posts/default'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2725216450122470845/posts/default?max-results=100'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://rodzinawedrowcow.blogspot.com/'/><link rel='hub' href='http://pubsubhubbub.appspot.com/'/><author><name>Wesoła Ferajna</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04221381433707937073</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><generator version='7.00' uri='http://www.blogger.com'>Blogger</generator><openSearch:totalResults>21</openSearch:totalResults><openSearch:startIndex>1</openSearch:startIndex><openSearch:itemsPerPage>100</openSearch:itemsPerPage><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2725216450122470845.post-2560710113542881470</id><published>2008-11-01T10:53:00.000-07:00</published><updated>2008-11-29T10:00:45.482-08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='hotel'/><title type='text'>Gran Canaria - życie hotelowe</title><content type='html'>&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_7eN8GT9Ib8o/SRnVD8e5veI/AAAAAAAAAB0/X519EyX3ocw/s1600-h/368.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5267475502938570210" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 320px; CURSOR: hand; HEIGHT: 240px" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_7eN8GT9Ib8o/SRnVD8e5veI/AAAAAAAAAB0/X519EyX3ocw/s320/368.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;div&gt;&lt;span style="font-family:verdana;"&gt;Hotel okazał się dokładnie taki, jakim go widzieliśmy na zdjęciach. Mój zachwyt wywoływało wiele rzeczy, które tam odkrywaliśmy. Zaraz po przyjeździe miłe wrażenie zrobił na mnie taras z widokiem na palmy. Pokój mieliśmy usytuowany w bardzo dobrym miejscu. Mniej więcej 100 metrów od restauracji. Taka sama odległość do każdego z barów, więc spokojnie można było przydreptać z potrzebnymi napojami bez specjalnego męczenia się. Kolejną zaletą usytuowania było oddalenie od basenów. Jak wiadomo nad basenami w takich kurortach dużo się dzieje i głośno jest przez prawie cały czas, więc mieszkanie w bezpośredniej bliskości nie jest najlepszym rozwiązaniem.  Pokój składał się z dwóch części przedzielonych częściowo ścianą i zasłoną, którą można było odsunąć – jak to w przypadku zasłon zawsze bywa. W jednej z nich znajdowała się część sypialna w drugiej znajdowała się dostawka i stół z kanapą. Mieliśmy też szafę wnękową w postaci całego wydzielonego pomieszczenia, w którym swobodnie można się było przebrać. Bardzo przydatne rozwiązanie szczególnie przy przeszklonych ogromnych drzwiach tarasowych oraz olbrzymim oknie na drugiej części ściany. Ponadto oczywiście łazienka. Bardzo wygodnie, schludnie. Całość utrzymana w pastelowych kolorach miłych dla oka. Zostaliśmy uprzedzeni, żeby nie zostawiać wartościowych rzeczy bezpośrednio w pokoju a to, czego kradzieży byśmy nie przeżyli schować do odpłatnego sejfu, który znajduje się w każdym pokoju. Nie skorzystaliśmy i nic nam nie zginęło, więc ten wydatek nie był konieczny na szczęście.&lt;br /&gt;Mieliśmy trochę zastrzeżeń do pani sprzątającej, która regularnie składała nam w jedną piramidę krzesła plastikowe na tarasie ( pod koniec wyjazdu przestała – może jej się znudziło) a często zapominała przetrzeć kurz na toaletce i szafkach nocnych. Może te krzesła plastikowe tak ją absorbowały, że brakowało jej już czasu na ten kurz. Ośrodek pod wieloma względami jest godny polecenia. Szczególne znaczenie ma to, że posiada ogromny zielony teren. Można sobie wziąć leżaczek i relaksować się na trawie pod jakąś palmą. Jak przyglądaliśmy się innym hotelom na wyspie to przeważająca ich większość posiadała betonowy kawałek przestrzeni dokoła basenu, na którym postawione było kilka rzędów leżaków. Wszyscy jak te sardynki poupychani grzecznie opalali się w tym dzikim tłoku. Można było sobie, więc na tym leżaczku pod szumiącą lampą leżeć w pewnym oddaleniu od plusków i wrzasków z basenu lub przenieść się nad basen i pluskać oraz wrzeszczeć razem z innymi, – kto co woli. Ważne jednak jest to, że ma się ten wybór.&lt;br /&gt;Na terenie hotelu znajdowały się dwa bary, restauracja oraz dyskoteka. Zacznę jednak opisywać warunki żywieniowo – napojowe od początku, czyli od śniadania. Mieliśmy niejaką trudność ze wstawaniem. Śniadania ( jak w każdym pewnie hotelu) podawane były do godziny 10.30. Pod koniec wyjazdu przychodziliśmy już pięć minut przed końcem urzędowania, ponieważ okazało się, że w ten sposób można spokojniej spożyć ten posiłek. Przynajmniej ciszej: -) Śniadania były trochę monotonne… Wędlinka – zawsze te same trzy rodzaje, dużo warzyw i owoców, ciasta, świeże bułki, jajecznica, jajka gotowane i sadzone – czasem jakieś parówki czy kiełbaski. Jajecznicę spróbowałam raz i mi wystarczyło. Niemniej jednak cieszyła się dużym powodzeniem, więc pozostali mieli jej więcej, ponieważ ja już się do tej potrawy nie przymierzałam później. Oczywiście jeszcze jogurty, ser żółty, dżem i mleko. I tak codziennie. Wszystko byłoby super gdyby może była większa oferta wędlin. Niektóre z tam proponowanych nie były jadalne dla osób nieprzepadających za oliwkami a co za tym idzie pozostawał im do dyspozycji jeden jedyny rodzaj szynki.&lt;br /&gt;Między śniadaniem a obiadem w jednym z bufetów można było napić się kawy, herbaty. Co do napojów z procentami to opowiem szerzej za chwilę. Obiad – jak dla mnie rewelacja. Sporo warzyw gotowanych, kilka rodzajów mięs, potrawy wegetariańskie, surówki, frytki, ziemniaki, właściwie codziennie też była ryba przyrządzana na różne sposoby a do tego jeszcze pizza, która mi osobiście smakowała bardziej niż bardzo. W każdym razie zwykle wychodziliśmy stamtąd pękaci i przejedzeni. Nie powodowało to w nas jednak jakiś złych wrażeń, miło jest tak spróbować wielu różnych potraw i cieszyć się nowymi smakami. W końcu też po to jest się na wakacjach, żeby poznawać.&lt;br /&gt;W czasie pomiędzy obiadem a kolacją w bufecie serwowano ciasto, kawę, herbatę oraz lody dla dzieci. Raz dotelepałam się po to ciasto. Znikało niczym błyskawica. Pyszne drożdżowe reszta mnie jakoś nie zachwyciła. Zaobserwowałam przy okazji ciekawą sytuację. Ciasto wystawione było w specjalnych przykrywanych pojemnikach na stołach na świeżym powietrzu. Któryś z korzystających nie przykrył pojemnika po wyjęciu swojego kawałka ciasta. Skończyło się to tym, że ptaki wyglądające na miejscowe gołębie szybko się tym produktem zainteresowały. Nie miały jednak szansy zbytnio się najeść, ponieważ kolejni chętni i spragnieni słodkości rozprawili się ze skrzydlatymi pasożytami. Zwierz latający jest sprytny i czujny niezależnie od wysokości i szerokości geograficznej.&lt;br /&gt; Kolacja zwykle podawana była na ciepło. W części były to potrawy podobne do tych obiadowych z pewnymi modyfikacjami. Było na przykład więcej warzyw albo inaczej przyrządzona ryba. Czasem dodatkowe chińskie dania podawane w osobnej części kuchni.  Było pyszne…&lt;br /&gt;Jeżeli chodzi o alkohole. Cały dzień można było dostać napoje alkoholowe i te nie alkoholowe w trzech miejscach. W dwóch barach i restauracji. Jeden z barów usytuowany był bezpośrednio przy basenie. Drugi na jego tyłach. Moim odkryciem był trunek o nazwie Ron Miel, czyli rum z miodem. Podawany z colą, lodem oraz pomarańczą lub limonką. W Polsce niestety tego rumu nie ma ( przynajmniej jeszcze go nie znalazłam) na razie mam jeszcze przywiezione zapasy a potem nie wiem, co będzie: -( Czarna rozpacz albo kolejna wyprawa w celu uzupełnienia zapasów? Naprawdę smakowita sprawa. Chociaż na początku z dużym powątpiewaniem podchodziłam do połączenia rumu z miodem szybko jednak stałam się zagorzałą zwolenniczką tej mieszanki: -) Można się było nimi raczyć w ramach wykupionego All inclusive do 23 godziny. Potem najbardziej wytrwali przenosili się do dyskoteki, gdzie już za napoje musieli normalnie płacić. My wybraliśmy się do tego miejsca raz. Okazało się, że wewnątrz nie można było palić, więc przy wejściu kłębiło się kilka osób i palili a przy okazji wylewnie witali przychodzących. W środku ku naszemu ogromnemu zaskoczeniu znajdowało się dokładnie pięć osób. Wszystkie z nich to Brytyjczycy. Dwóch panów tańczyło na parkiecie – nie wiem czy się przytulali nie przyglądałam się. Reszta głośno o czymś rozprawiała. Po chwili stania na środku postanowiliśmy jednak wrócić na nasz taras. Jakoś nam się to miejsce nie spodobało. Myślę, że warto też wspomnieć o bogatej ofercie animacji, jakie organizował hotel. Przy basenie znajdowała się muszla, w której odbywały się śpiewy i występy. Panie tam też ćwiczyły jakieś wygibasy. Odbywały się też konkursy w postaci podawania sobie nogami styropianowej rury. Jak ktoś lubi to pewnie dobrze by się bawił, bo z tego, co widziałam bawili się naprawdę intensywnie z tą rurą. Były też organizowane mecze piłki wodnej, dart, strzelanie z łuku i wiele innych atrakcji. Co istotne dzieci porywane były regularnie od rodziców i zabierane do wydzielonej części parku hotelowego gdzie pod opieką animatorów rysowały, śpiewały, darły się i oddawały się innym dziecięcym zajęciom. Nieustannie miał też nad nimi pieczę wielki niebieski stwór wyglądający jak napakowany delfinek. Widać było, że przez brygadę małych potworów otaczany był szczególnym szacunkiem i regularnie o tej samej porze nawoływany do wspólnej zabawy. To w ciągu dnia. Wieczorem natomiast ta sama grupa animatorów w restauracji, której część wyglądała jak teatr grała w przygotowywanych przez siebie kabaretach, skeczach i sztukach. Powodzeniem te wydarzenia artystyczne cieszyły się dużym. Nie jestem w stanie ich jednak zrelacjonować, ponieważ my omijaliśmy je szerokim łukiem. Raz jeden znaleźliśmy się w pobliżu i mieliśmy próbkę sceny zakochanych z Tytanica. W oryginale pan obejmował Panią. W tej wersji Pan obejmował Pana i ciągnął go za coś, co imitowało piersi i nieustannie się przemieszczało. Zgodna w obu wersjach była tylko muzyka, dzięki której można się było zorientować, o jakim filmie w ogóle jest mowa. Widownia była zachwycona – nagrodziła występujących burzą oklasków. Mnie to nie poruszyło ani rozśmieszyło. Poza takimi występami odbywały się też wybory Miss i Mistera. Tak, więc dla osób, które lubią spędzać dnie i wieczory w ten sposób oferta może okazać się bardzo interesująca. Dla tych, co nie przepadają za takimi atrakcjami wyspa oferuje wiele innych możliwości i na szczęście nie było tak, że w tych zabawach należało bezwzględnie uczestniczyć. Każdy mógł coś dla siebie wybrać.&lt;br /&gt;My zwykle po kolacji graliśmy w bilard – bardzo mi się podobało. Szczególnie, że ku memu ogromnemu zdziwieniu udało mi się wygrać kilka razy. Poza tym chodziliśmy na spacery nad Ocean. Niesamowite uczucie jak stoi się na szczycie urwiska i widzi się przed sobą jedynie głęboką czerń. Nie widać nic poza ciemną taflą wody i ciemnym niebem. Piękne i trochę mroczne przeżycie. Poza Oceanem krążyliśmy też wąskimi uliczkami miasteczka i odkrywaliśmy różne zakątki. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2725216450122470845-2560710113542881470?l=rodzinawedrowcow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://rodzinawedrowcow.blogspot.com/feeds/2560710113542881470/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2725216450122470845&amp;postID=2560710113542881470' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2725216450122470845/posts/default/2560710113542881470'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2725216450122470845/posts/default/2560710113542881470'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://rodzinawedrowcow.blogspot.com/2008/11/gran-canaria-ycie-hotelowe.html' title='Gran Canaria - życie hotelowe'/><author><name>Wesoła Ferajna</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04221381433707937073</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_7eN8GT9Ib8o/SRnVD8e5veI/AAAAAAAAAB0/X519EyX3ocw/s72-c/368.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2725216450122470845.post-39832470023909350</id><published>2008-10-31T07:59:00.000-07:00</published><updated>2008-12-18T13:02:08.855-08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='buggy'/><title type='text'>Gran Canaria - Bezdroża</title><content type='html'>&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_7eN8GT9Ib8o/SRnUctIifgI/AAAAAAAAABs/pwQQ46zkWRY/s1600-h/477.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5267474828803341826" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 320px; CURSOR: hand; HEIGHT: 240px" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_7eN8GT9Ib8o/SRnUctIifgI/AAAAAAAAABs/pwQQ46zkWRY/s320/477.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;div&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_7eN8GT9Ib8o/SRnPXlN_VKI/AAAAAAAAABc/iXzQyhKTY2Q/s1600-h/180.JPG"&gt;&lt;/a&gt;Krótka charakterystyka : wycieczka Buggy po bezdrożach wyspy&lt;/div&gt;&lt;div&gt; &lt;/div&gt;&lt;div&gt;Nie do końca wiedzieliśmy, co nas czeka podczas tej wyprawy. Powiedziano nam, że jest to podróż buggy po bezdrożach wyspy. Całość miała trwać około pięciu godzin z krótką przerwą na lunch. Wędrowiec Wyższy postanowił, że weźmiemy ze sobą też kryte buty i jakieś cieplejsze ubrania. Miałam swoje ulubione krótkie spodnie i jakoś niespecjalnie pozytywne nastawienie do tych cieplejszych ciuchów. Jak się potem okazało był to genialny pomysł, ponieważ bez nich pamiętałam bym z tej wycieczki jedynie przejmujące zimno. Na dole było prawie trzydzieści stopni i trudno było uwierzyć, że możemy zmarznąć. Jak się jedzie na wysokości około dwóch tysięcy metrów otwartym pojazdem to temperatura jest jednak niższa. Przez pierwszą godzinę zanim zatrzymaliśmy się i mogłam wskoczyć w polar i zmienić buty nieźle szczękałam zębami. Szczególnie dziwne wrażenie jak widzisz ostre słońce, które wcale Cię nie ogrzewa, ponieważ wysokość i pęd powietrza skutecznie to ciepło niweluje. Nasz Pan prowadzący opowiedział nam też, że poprzedniego dnia jak jechał z inną grupą na górze były cztery stopnie poniżej zera i padał śnieg. Dobrze, że nie jechaliśmy dzień wcześniej. Ta wyprawa zamieniłaby się w koszmar i pięć godzin utyskiwania na zimno i brak przygotowania.&lt;br /&gt;Zaczynając jednak od początku. Zabrali nas spod hotelu około dziesiątej rano. Zostaliśmy zawiezieni do biura firmy. Tam każdy dostał gogle, zostaliśmy poinstruowani, na czym polega to, co będziemy robić, czego nam nie wolno oraz jakie zasady bezpieczeństwa bezwzględnie nas obowiązują. Wędrowiec Wyższy, jako właściciel prawa jazdy wypełnił i podpisał umowę, że się zgadza zachowywać zgodnie z instrukcjami i nie będzie stosował roszczeń jak nie zastosuje się do którejkolwiek z zasad. Wyglądało to dosyć poważnie, ale też profesjonalnie. Potem udaliśmy się do garażu, gdzie nastąpiła instruktażowa lekcja obsługi pojazdów. Dostaliśmy ostatni z szyku i przez całą trasę mieliśmy jechać z włączonymi światłami tak, żeby przewodnik widział czy wszystkie samochody są w komplecie. Wyruszyliśmy. Najpierw była jazda asfaltowymi ulicami po obrzeżach miasta. Tak, żeby uczestnicy oswoili się z prowadzeniem swoich wehikułów. Ja przypięta pasem czteropunktowym radośnie się rozsiadłam i mogłam założyć sobie nogi na tapicerkę, której nie było. Pełen luz. Zero dachu, kilka rur dookoła, z tyłu ryczący silnik. Rozmowy kompletnie odpadały, ale kto by rozmawiał, kiedy przed Tobą, dokoła Ciebie, za Tobą rozpościerają się tak magiczne widoki. To było lepsze nawet niż motor. Siedzisz sobie wygodnie, wiatr we włosach, widzisz wszystko, co mijasz dokładnie, ponieważ tak naprawdę jest na wyciągnięcie ręki. Nie ogranicza Cię żadna metalowa puszka. Po mniej więcej pół godzinie zjechaliśmy na drogę, która prowadziła w kierunku centrum wyspy. Tam znajdują się wulkaniczne wzniesienia a co za tym idzie ogromne ilości serpentyn. Droga wije się niczym makaron fantazyjnie rozrzucony przez świrniętą gospodynię. Jedziesz do góry, ale na każdym kilometrze robisz przynajmniej kilka zakrętów. Proste odcinki miały najdłużej może kilkanaście metrów. W pewnym momencie dotarło do mnie też z całą mocą, w jakim celu montowane są pasy czteropunktowe w tych pojazdach. Jak wchodziliśmy w zakręt trochę nas rzuciło i ja, jako pasażer zostałam lekko wypchnięta z auta ( tak to chyba można nazwać) – jak mnie tak wyrzuciło to zobaczyłam przepaść w całej swojej okazałości. Wtedy dopiero mi się szczęki zacisnęły, – ale nie z zimna tym razem. Poziom adrenaliny w tamtym momencie znacząco mi się chyba podniósł w organizmie. Robiłam zdjęcia – ale efekt jest taki, że na większości z nich uwieczniłam właśnie mijane w dzikim pędzie znaki. Przynajmniej widać, że ciągle wskazywały na to, że za chwilę będzie kolejny zakręt. Bardzo sympatyczne było to, że wszyscy, których mijaliśmy tą dziwną kawalkadą machali do nas i pozdrawiali. Nie było osoby, która nie pokazywałaby na nas a potem nie machała rękami krzycząc jednocześnie pozdrowienia. To, że były to pozdrowienia wnioskuję po uśmiechach na twarzach. Nie było słychać słów przez ryczący za nami silnik, więc domyślałam się po prostu intencji tych krzyków. Oczywiście wszyscy uczestnicy wyprawy odmachiwali i krzyczeli coś tam w różnych językach w  odpowiedzi. To było miłe.&lt;br /&gt;Zatrzymaliśmy się mniej więcej po godzinie. Wbiłam się niezwłocznie w adidasy i polar. Założyłam też czapeczkę żeby uchronić moje uszy przed hulającym wiatrem. Spodni długich nie miałam gdyż uznałam to za przesadę, więc w tej kwestii nadal pozostawało mi zamarzanie. Ruszyliśmy dalej. Nie obyło się bez awarii. Jeden z pojazdów zgubił błotnik – raczej coś, co go przypominało, drugi miał jakąś inną usterkę i nie chciał odpalić. Pan prowadzący wycieczkę wykazywał się umiejętnościami z każdego zakresu. Błyskawicznie naprawił błotnik. W drugim przypadku sięgnął do swojego przepastnego plecaka i po wyciągnięciu z niego odpowiednich narzędzi zanurzył się z nimi do silnika. Wyciągnął stamtąd jakieś kabelki, coś tam pomajstrował i auto zaczęło działać. Żeby nie było więcej kłopotów nastąpiła wymiana pojazdów, przewodnik oddał swój i jechał tym, w którym pojawiły się problemy.&lt;br /&gt;Mniej więcej w połowie trasy zatrzymaliśmy się na posiłek. Dostaliśmy duże kanapki z grillowanym mięsem i pyszną kawę. Grzałam się z lubością na słońcu. Miła odmiana po tygodniu w naprawdę ciepłym miejscu – czuć się przemarzniętym. Potem nastąpiła trasa powrotna. Przyznam, że byłam i jestem cały czas pod wrażeniem tych wzniesień, tego jak się układają w jakieś monstrualne sylwetki. Bezchmurne niebo i przestrzeń. Naprawdę czułam, że żyję.&lt;br /&gt;Ostatnie dwadzieścia minut trasy to był off Road. Starsza para uczestników przesiadła się do towarzyszącego nam busa. Chyba nie chcieli aż tak ekstremalnych doświadczeń. Trochę mnie ten off Road rozczarował. Był to dosyć krótki odcinek prowadzący na skraju jakiejś budowy. Pokonywaliśmy piaszczysto – kamieniste drogi z mocnymi wybojami, które ostro dawały się we znaki naszej maszynie. Wędrowiec Wyższy przygazował zawadiacko, a ja czterema kończynami trzymałam się czego się tylko dało. W powietrzu była też taka ilość kamieni, żwiru i piachu, że gogle nie wyrabiały. Skończyło się to tym, że musiałam zamknąć oczy w obawie przed tym, że zaraz zamiast oczu będę miała dwie zgrabniutkie piaskownice. Wędrowiec się śmiał, że zamknęłam oczy ze strachu a nie z powodu piachu. Ja się będę trzymać swojej wersji. Rozczarowało mnie to, że ta jazda trwała tak krótko. Spodziewałam się czegoś mocniejszego, mimo to i tak swobodnie można było poczuć się niemal jak kierowca rajdowy. Szkoda, że nie trwało to dłużej, może zdołałabym otworzyć oczy…&lt;br /&gt;Super wrażenia, świetna zabawa, genialnie spędzony czas. Poznaliśmy wyspę z zupełnie innej perspektywy. Piasek zeskrobywaliśmy z siebie potem z dobre dwie godziny. Nie zapomnę tej przygody!!!&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2725216450122470845-39832470023909350?l=rodzinawedrowcow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://rodzinawedrowcow.blogspot.com/feeds/39832470023909350/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2725216450122470845&amp;postID=39832470023909350' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2725216450122470845/posts/default/39832470023909350'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2725216450122470845/posts/default/39832470023909350'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://rodzinawedrowcow.blogspot.com/2008/11/gran-canaria-v-dzie_11.html' title='Gran Canaria - Bezdroża'/><author><name>Wesoła Ferajna</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04221381433707937073</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_7eN8GT9Ib8o/SRnUctIifgI/AAAAAAAAABs/pwQQ46zkWRY/s72-c/477.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2725216450122470845.post-7265566738247472801</id><published>2008-10-28T07:58:00.000-07:00</published><updated>2009-01-18T11:20:00.517-08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='hotel'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='zwiedzanie'/><title type='text'>Gran Canaria - Loro Parque oraz Teneryfa</title><content type='html'>&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_7eN8GT9Ib8o/SRnQTAGYzQI/AAAAAAAAABk/A3IsDieyCAc/s1600-h/316.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5267470264049388802" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 320px; CURSOR: hand; HEIGHT: 240px" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_7eN8GT9Ib8o/SRnQTAGYzQI/AAAAAAAAABk/A3IsDieyCAc/s320/316.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Krótka charakterystyka planu : Wycieczka na Teneryfę, prom, Loro Parque, Le Frog, Le Chichot&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;                W folderze reklamowym wycieczki obiecywano nam, co następuje:  wyprawę promem na Teneryfę, zwiedzanie wyspy oraz kilka godzin w Parku zwierząt zwanym Loro Parque. Kolega z pracy, którego spotkałam przy śniadaniu powiedział, że koniecznie musimy na tą wycieczkę pojechać. Sugerował, że naprawdę jest ciekawa. Wykupiliśmy, więc i tą wycieczkę. Musieliśmy wstać bardzo wcześnie, ponieważ o siódmej rano pod hotel przyjeżdżał nasz autokar.&lt;br /&gt;                Kolejno jechaliśmy prawie godzinę do portu w miejscowości Agaete. Spać nam się chciało nie powiem nawet jak bardzo. Wędrowiec wyższy spał przez całą drogę, a ja wlepiałam się w szybę. Widziałam piękne kolorowe domki, których fasada zwykle była odremontowana i urocza. Natomiast gdzieś za domem walały się śmieci i ściany nie były już takie śliczne i odnowione. Poza domkami, które mnie jednak trochę rozczarowały widziałam też niezwykłą przyrodę a raczej jej brak miejscami. Ocean oczywiście wielki, milczący, ciemno – granatowy obijający się o czarne skały, które przysiadły przy brzegu.&lt;br /&gt;                Dojechaliśmy na miejsce i nasz przewodnik, który od pierwszej chwili dostał przydomek „Le Frog” powiedział nam w hiszpańskim angielskim, że mamy wysiąść i iść w kierunku promu. Wręczył nam wcześniej bilety na prom. Niewiele osób zrozumiało ten jego język, więc trochę się pogubiliśmy z tym gdzie mamy iść. Le Frog natomiast wziął się stąd, że Pan wyglądał jak Pan Ropuch z filmu pt., „O czym szumią wierzby” Wyglądał identycznie i do tego wszystkiego odziany był w zielony podkoszulek. Do hiszpańskiej angielszczyzny (well  indeed – jego jeden z ulubionych zwrotów) przyzwyczailiśmy się po jakiejś godzinie  i byliśmy już w stanie w miarę dobrze odbierać sygnały nadawane przez Pana Ropucha.&lt;br /&gt;                Wsiedliśmy, więc na prom. Przewodnik uprzedził nas, żebyśmy siadali na środku, ponieważ w związku z kiepską pogodą będzie wiało i że siedzenie przy oknach na brzegu może się to dla wielu z nas skończyć sensacjami żołądkowymi. Co do pogody. Oczywiście ubraliśmy się tak jak w każdy inny dzień tych wakacji. Szorty, koszulka bez ramiączek, sandały. Jak się okazało to było poważnym błędem, ponieważ mniej więcej w połowie trasy do portu zaczął lać deszcz i zrobiło się zimno. Ku naszemu wielkiemu zaskoczeniu zaczął padać deszcz na naszej słonecznej i ciepłej wyspie. Le Frog tłumaczył, że jesteśmy szczęściarzami, ponieważ to zjawisko nie jest dla nich zbyt częste i takie opady sprawiają, że uśmiechają się jeszcze szerzej. My nie uśmiechaliśmy się tak znowu szeroko, ponieważ nasze ubrania nie były przystosowane do zimna, które nas ogarnęło w trakcie drogi na prom. Nie zastosowaliśmy się początkowo do zaleceń Pana Ropucha. Chcieliśmy sprawdzić jak to z tymi ekstremalnymi warunkami będzie. Piętnaście minut po opuszczeniu portu cała przestrzeń promu wypełniła się charakterystycznymi bulgotami i dźwiękami, których tu opisywać nie będę. Łazienki zostały zajęte zaraz po pierwszych odgłosach i wiele osób spędziło w nich całą swoją podróż. Ja się przesiadłam, Wędrowiec Wyższy bohatersko spędził całą wycieczkę pod oknem i z zachwytem obserwował fale, które uderzały w prom. Panie z obsługi odziane w śmieszne wdzianka chodziły między rzędami krzeseł i zachęcająco podawały torebki pasażerom. Tłumaczyły wtedy, że to na wypadek, gdyby ktoś miał potrzebę a nie zdążył dojść do toalety. To tak ku przestrodze w kwestii podróżowania promem.&lt;br /&gt;                Wysiedliśmy w porcie Santa Cruz de Tenerife. Od razu przyznaję, że Teneryfa w moim rankingu atrakcyjności nie zdobyła wysokich notowań. Industrialna, byle jak zabudowana, miejska i jakoś tak odpychająca. Oczywiście jak to na wycieczkach tego typu zwykle bywa obowiązkowo zostaliśmy zawiezieni do sklepu z pamiątkami. Można tam było na przykład zakupić delfinki takie jak nad polskim morzem z tym, że zamiast Sopot napisane miały na podstawce Teneryfa. Kolejna różnica polegała na tym, że kosztowały kilka euro zamiast kilka złotówek. To taki szczegół. Oczywiście cała nasza wycieczka oblepiła ten sklep na prawie godzinę i uczestnicy oddawali się szaleństwu zakupów delfinków, alkoholi, cygar, perfum i co tam jeszcze mogli tylko znaleźć. My przymierzaliśmy się do zakupu bluz z polaru, ponieważ szczęki wprowadzone w stan rozdygotania wyraźnie dawały nam znaki, że następuje wyziębienie organizmu. Nie kupiliśmy jednak sobie takich pamiątek, udało nam się wbić do autokaru i tam poczekać na rozentuzjazmowaną zakupami wycieczkę.&lt;br /&gt;                Jak już wycieczka wykupiła, co się tylko dało z pamiątkowego sklepu pojechaliśmy dalej czyli do Parque Nacional del Teide. Z autokaru nie dało się na trasie wysiadać z dwóch powodów. Po pierwsze pogoda była fatalna, widoczność zerowa a poza tym nie ma tam specjalnie miejsc, w których autokar mógłby się bezpiecznie zatrzymać. Niemniej jednak widoki naprawdę warte obejrzenia. Jechaliśmy serpentynami ciasno przyklejonymi do wzniesienia, podziwialiśmy bujną roślinność, która dosyć mocno kontrastowała z wulkaniczną pustką niższych partii wyspy. Obejrzeliśmy groźny wulkan Teide, który sprawił autochtonom już wiele nieprzyjemnych niespodzianek. Zatrzymaliśmy się raz po długich namowach kierowanych do Pana Ropucha. Udało się to poniekąd, dlatego, że na chwilę się przejaśniło i przestało padać. Zrobiliśmy sobie zdjęcia z wulkanem w tle i jak się komuś udało to mógł nawet uwiecznić fragment horyzontu o ile chmury się jakoś rozsunęły na tyle, żeby można było ten horyzont dostrzec. Niektórym się nawet to udało.&lt;br /&gt;                Kolejnym etapem tej ekscytującej wyprawy pod przewodnictwem Pana Ropucha miała być wizyta w Loro Parque. Park zwierząt, który szczyci się swoimi zasadami i celami. Ma za zadanie chronić ginące gatunki, uwrażliwiać ludzi na los zwierząt. Słowem uczy, wychowuje, pokazuje, śmieszy i daje do zrozumienia. W Parku spędziliśmy ponad cztery godziny. Moje nastawienie do tego miejsca było, co najmniej sceptyczne. Nie przepadam za takimi miejscami gdzie w niewoli trzymane są zwierzęta. Siedzą w swoich klatkach ku uciesze gapiów. Jak się okazało moje myślenie na temat tego konkretnego miejsca się zweryfikowało. Zwierzęta miały naprawdę genialne warunki. Widać, że czują się tam dobrze i w żaden sposób nie można tego miejsca porównać do jakiegokolwiek ogrodu zoologicznego. Mieliśmy okazję zobaczyć  pokazy z udziałem delfinów i orek. To było dla mnie odkrycie, ponieważ widać było, że te zwierzęta naprawdę dobrze się bawią razem ze swoimi opiekunami. Chętnie uczestniczyły w ćwiczeniach i jeszcze chętniej płynęły po nagrodę. To było coś bez porównania. Piękny, zabawny, intrygujący i zaskakujący pokaz komunikacji między delfinami czy orką a opiekunami. Całość przygotowana profesjonalnie. Piękne, czyste, zadbane trybuny. Wszystko w parku było schludne, czyste, miłe dla oka i przyjemnie zorganizowane. Zahipnotyzowała mnie totalnie  szklana tuba wysoka na kilka pięter, w której w kółko pływały ryby. Całość podświetlona delikatnym niebieskim światłem sprawiała, że ryby patrzące jednym okiem na oglądających je ludzi wyglądały naprawdę magnetyzująco.  Mnie rzeczywiście zmagnetyzował ten widok na dobrą chwilę.&lt;br /&gt;                Obejrzeliśmy też ogromny wybieg dla delfinów. Właściwie trudno to nazwać wybiegiem. Pingwiny miały specjalne oszklone pomieszczenie, w którym była woda gdzie mogły nurkować i pływać, padał na nie sztuczny śnieg. Ziemię pokrywał lód. Biorąc pod uwagę ilość małych pingwinów wszystko wskazywało na to, że dbają o przyrost naturalny a skoro tak, to pewnie oznaczało, że nie mogą się w tym miejscu źle czuć.&lt;br /&gt;                Po zwiedzeniu Parku udaliśmy się do autokaru. Te cztery godziny nie starczyły nam na obejrzenie wszystkiego. Co sprawiło, że obiecaliśmy sobie, że chcielibyśmy tam wrócić i obejrzeć to jeszcze raz na spokojnie.&lt;br /&gt;                Czekała nas już jedynie droga powrotna do hotelu. Najpierw musieliśmy dojechać do portu. Znowu zaczął lać deszcz i staliśmy w gigantycznym korku. Jak już dotarliśmy do portu to oczekiwanie na prom upływało nam w akompaniamencie szczękania zębami. Nauczeni doświadczeniem zajęliśmy miejsca na środku promu. W drodze powrotnej rzucało nawet bardziej niż podczas wcześniejszej przeprawy. Rzucało tak bardzo, że w promowym barku pospadały z półek różne alkohole i inne akcesoria. Badawczo jednak obserwowaliśmy załogę i skoro wszyscy zachowywali się tak jakby to była najzwyklejsza sprawa pod słońcem to staraliśmy się zachować spokój.&lt;br /&gt;                Do hotelu dotarliśmy po dwudziestej drugiej. Miłe było to, że Pan Ropuch obdzwonił wcześniej wszystkie hotele i jak dotarliśmy na miejsce czekała na nas kolacja.&lt;br /&gt;                Wycieczka pełna wrażeń, interesująca i naprawdę polecam wizytę szczególnie w Loro Parque, który bez dwóch zdań jest zachwycający. Myślę, że Pan Ropuch również zasługuje na uwagę a szczególnie jego specyficzne poczucie humoru, które objawiło się na przykład przy okazji krążenia po serpentynach. Bez owijania w bawełnę zaproponował potrzebującym torebki i poinformował, że nie przepadają za zapachem typu Chanel No Six a taki powstanie, jeżeli potrzebujący nie skorzystają z torebek.&lt;br /&gt;                Tak, więc dydaktycznie pod każdym względem…&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2725216450122470845-7265566738247472801?l=rodzinawedrowcow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://rodzinawedrowcow.blogspot.com/feeds/7265566738247472801/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2725216450122470845&amp;postID=7265566738247472801' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2725216450122470845/posts/default/7265566738247472801'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2725216450122470845/posts/default/7265566738247472801'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://rodzinawedrowcow.blogspot.com/2008/11/gran-canaria-vii-dzie.html' title='Gran Canaria - Loro Parque oraz Teneryfa'/><author><name>Wesoła Ferajna</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04221381433707937073</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_7eN8GT9Ib8o/SRnQTAGYzQI/AAAAAAAAABk/A3IsDieyCAc/s72-c/316.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2725216450122470845.post-807614006694941200</id><published>2008-10-26T08:00:00.000-07:00</published><updated>2009-01-18T12:44:33.811-08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='piasek'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='pustynia'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='zwiedzanie'/><title type='text'>Gran Canaria - Pustynne klimaty</title><content type='html'>&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_7eN8GT9Ib8o/SRnOVgwX2TI/AAAAAAAAABU/V72pXippsRo/s1600-h/160.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5267468108151904562" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 320px; CURSOR: hand; HEIGHT: 240px" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_7eN8GT9Ib8o/SRnOVgwX2TI/AAAAAAAAABU/V72pXippsRo/s320/160.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Krótka charakterystyka : wydmy, pustynia, padanie na twarz, upał&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gran Canaria to wyspa nazywana małym kontynentem. Nazwa bierze się stąd, że znajduje się tutaj wiele stref klimatycznych. Wyspa leży 140 kilometrów w linii prostej od Afryki. Część, więc terytorium tej pięknej ziemi pokrywa prawdziwa, regularna pustynia. Widać ją było z okien naszego hotelu. Widok niezwykły.&lt;br /&gt;Pewnego dnia wybraliśmy się na wycieczkę w celu eksplorowania pustyni. Nasza rezydentka uprzedzała nas, żebyśmy zabrali ze sobą czapki, wodę i założyli kryte buty. Brak krytych butów powoduje, bowiem, że zuchwali eksplorujący wracają z bąblami na nogach. Bohaterowie bez czapek wracają bez czapek, ale za to z udarem i objawami przegrzania. Tak, więc z uwagi na te słowa ostrzegawcze zabraliśmy czapki i inne niezbędne do przetrwania akcesoria. Chociaż śmiać nam się trochę chciało. Z daleka ta pustynia wyglądała po prostu jak duża piaskownica. Biorąc pod uwagę wielkość wyspy nie chciało nam się wierzyć, że coś się komuś w tej piaskownicy dla dorosłych może stać. I tu się myliliśmy…&lt;br /&gt;Dojście do tej pustynnej krainy trochę nam zajęło. Musieliśmy pokonać około siedmiu kilometrów deptakiem znajdującym się na skraju plaży. Przy deptaku znajdowało się wiele knajpek, sklepów oraz  innych atrakcji. Po drodze spotkaliśmy między innymi stado czarnoskórych dam, które próbowały się z nami zaprzyjaźnić. Nie wiem, czego chciały, ponieważ nie wdawaliśmy się z nimi w dyskusję. Co było dosyć trudne, ponieważ otoczyły nas zwartym szpalerem. Uratował nas refleks Wędrowca Wyższego, a co za tym idzie szybkie i sprawne wyminięcie grupy dam. W drodze powrotnej widzieliśmy natomiast tą samą grupę pań gonioną przez radiowóz. One natomiast salwowały się ucieczką w różnych kierunkach świata. Pozwoliło nam to potwierdzić przypuszczenia, że działalność, którą uprawiały na deptaku nie do końca była zgodna z przepisami prawa. Niemniej jednak udało nam się umknąć i wkrótce znaleźliśmy się w pobliżu pustyni. Najpierw naszym oczom ukazały się wydmy. Chodzenie po zapadającym się pod stopami, gorącym niczym rozgrzane węgle piasku nie należało do czystej przyjemności. Weszliśmy na piaskowe wzniesienie i zobaczyliśmy: piasek, piasek i jeszcze raz piasek aż po horyzont. Po prawej stronie oczywiście nadal był Ocean, ale przed nami nieprzebrane góry piasku. Wiał wiatr, który dodatkowo utrudniał poruszanie się po piaskowych górach i dołach. Wiało tak, że piasek miałam dokładnie w każdym zakamarku ciała. Chrzęścił między zębami, w uszach utworzyły mi się małe piaskownice. Cieszyłam się bardzo, że mam na nosie okulary, ponieważ każdy podmuch powodował, że to wszystko, co nie leżało akurat na ziemi a było piaskiem natychmiast instalowało się również w oczach. W końcu udało mi się wspiąć na kolejną piaskową górę gubiąc po drodze kilka razy czapkę a potem ją ścigając, ewentualnie prosząc Wędrowca wyższego, żeby pomógł mi ją odzyskać. Momentami to było nawet zabawne ponieważ sama nie wiedziałam co mam trzymać: czapkę, okulary, plecak czy samą siebie w zwartej bryle.&lt;br /&gt;Stałam na tej piaskowej górze i poważnie obawiałam się o własne życie. Może nie było to aż tak dramatyczne ale na pewno było niepokojące. Każdy powiew wiatru powodował, że bujało mną niczym marynarzem na statku. Grunt regularnie się osypywał i przewiewało go gdzieś w siną dal a ja czułam się niczym ta odrobina piasku, którą ktoś zaraz pośle razem z innymi w daleką wycieczkę. Dodam jeszcze, że daleko mi, jeżeli chodzi o wymiary do drobiny piasku tym bardziej to wrażenie było dla mnie zaskakujące. Wędrowiec Wyższy radził sobie w tej sytuacji znacznie lepiej niż ja. Pomykał po tej piaszczystej krainie wyraźnie uszczęśliwiony i uradowany.&lt;br /&gt;Genialnym przeżyciem było schodzenie z tych piaszczystych kopców. Nogi zapadały się w miękki, ruchomy grunt po kolana. Trudno było wykonywać jakieś skoordynowane ruchy. Bezładnie przesuwałam się w dół niczym pajacyk rozrzucając kończyny w różnych kierunkach świata. Poczułam się mała, bezbronna wobec siły i nieprzewidywalności wiatru, piasku i innych żywiołów. Niesamowicie to wyglądało – wszystkie te ludziki wędrujące wyglądały jak mrówki rozrzucone bezładnie po wielkim kopcu. Zagubione mrówki, które nie do końca wiedzą gdzie zmierzają i w jakim celu.&lt;br /&gt;Szczerze polecam odwiedzenie pustyni. Nie przeszliśmy całej, ale po tym, co zobaczyłam jestem pewna, że Pani rezydentka się nie myliła. Można się zgubić, można poparzyć stopy i na pewno można też nabawić się udaru słonecznego. Poza tymi drobnymi niedogodnościami, które trzeba wziąć pod rozwagę to naprawdę fascynujące przeżycie.&lt;br /&gt;Jak udało nam się stamtąd szczęśliwie wydostać musieliśmy otrzepać się z nagromadzonego piasku. Przynajmniej spróbować doprowadzić się to, jakiego takiego stanu używalności. Wędrowaliśmy potem uśpionymi uliczkami miasteczka aż dotarliśmy z powrotem do deptaku, który zaprowadził nas do samego hotelu. Tego dnia pokonaliśmy w sumie ponad piętnaście kilometrów. Jak na leniwe wakacje na wyspie, na której podobno nie ma, co robić poza leżeniem nad Oceanem uważam ten wynik za całkiem niezły. Nie zgadzam się też z powszechnie panującą opinią, że na tej wyspie turysta może tylko i wyłącznie leżeć na plaży. Może spotkać się z tajemniczymi damami na deptaku, może pojeździć na wielbłądzie po pustyni, – czego my nie próbowaliśmy ze względu na fakt, że wielbłądy nas nie kręcą, może też powędrować po tej pustyni i sprawdzić się w ekstremalnych warunkach. Jest też wiele innych propozycji spędzenia wolnego czasu, które tutaj są poniekąd opisane.&lt;br /&gt;W każdym razie jak już dotarliśmy do hotelu uprzednio wspinając się po stu pięćdziesięciu pięciu schodach, które do niego prowadziły prawie niezwłocznie dopadliśmy nasz ulubiony bar przy basenie. Tam czekał na mnie równie ulubiony napój. Uważam, że zasługuje na opisanie. Lokalny alkoholowy przysmak. Nazywa się Ron Miel. Jest to połączenie rumu i miodu. Podawany z colą. Do napoju dodawana była cytryna, pomarańcza lub limonka. Co tam, kto chciał. Połączenie z pomarańczą uważam za szczególnie smakowite.&lt;br /&gt;Nie jestem w stanie nawet opisać radości, z którą wypiłam pierwszy łyk tego napoju po powrocie z naszej pustynnej eskapady. Wrażenie niezapomniane i nawet teraz jak o tym myślę, to ślinka mi cieknie.&lt;br /&gt;Tego rumu w Polsce zakupić nie można. Poważnie rozważam nawiązanie współpracy z jakimiś autochtonami w celu ustanowienia regularnych dostaw. Na razie mam jeszcze zachomikowaną jedną butelkę. Jak będzie mi smutno i będę tęsknić bardziej boleśnie niż teraz za tym szczególnym miejscem otworzę sobie ją i będę w błogostanie przypominać sobie tą cudowną wyspę.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2725216450122470845-807614006694941200?l=rodzinawedrowcow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://rodzinawedrowcow.blogspot.com/feeds/807614006694941200/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2725216450122470845&amp;postID=807614006694941200' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2725216450122470845/posts/default/807614006694941200'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2725216450122470845/posts/default/807614006694941200'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://rodzinawedrowcow.blogspot.com/2008/11/gran-canaria-v-dzie.html' title='Gran Canaria - Pustynne klimaty'/><author><name>Wesoła Ferajna</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04221381433707937073</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_7eN8GT9Ib8o/SRnOVgwX2TI/AAAAAAAAABU/V72pXippsRo/s72-c/160.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2725216450122470845.post-6317484974137532006</id><published>2008-10-25T08:41:00.000-07:00</published><updated>2008-11-11T10:48:54.892-08:00</updated><title type='text'>Gran Canaria - Puerto de Mogan</title><content type='html'>&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_7eN8GT9Ib8o/SRm2bXwUaeI/AAAAAAAAABM/kWtAsw8hWEU/s1600-h/079.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5267441820535908834" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 320px; CURSOR: hand; HEIGHT: 240px" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_7eN8GT9Ib8o/SRm2bXwUaeI/AAAAAAAAABM/kWtAsw8hWEU/s320/079.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt; Krótka charakterystyka : Pierwsza kąpiel w Oceanie, Puerto de Mogan, Yellow Submarine, nurkowie&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2725216450122470845-6317484974137532006?l=rodzinawedrowcow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://rodzinawedrowcow.blogspot.com/feeds/6317484974137532006/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2725216450122470845&amp;postID=6317484974137532006' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2725216450122470845/posts/default/6317484974137532006'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2725216450122470845/posts/default/6317484974137532006'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://rodzinawedrowcow.blogspot.com/2008/11/gran-canaria-iii-dzie.html' title='Gran Canaria - Puerto de Mogan'/><author><name>Wesoła Ferajna</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04221381433707937073</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_7eN8GT9Ib8o/SRm2bXwUaeI/AAAAAAAAABM/kWtAsw8hWEU/s72-c/079.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2725216450122470845.post-2343534805539697436</id><published>2008-10-24T19:00:00.000-07:00</published><updated>2008-11-11T10:48:35.685-08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='podróże zagraniczne'/><title type='text'>Gran Canaria - rozpoznanie terenu</title><content type='html'>&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_7eN8GT9Ib8o/SRm1PL88MtI/AAAAAAAAABE/Qvw0Wu9PyOc/s1600-h/548.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5267440511697564370" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 240px; CURSOR: hand; HEIGHT: 320px" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_7eN8GT9Ib8o/SRm1PL88MtI/AAAAAAAAABE/Qvw0Wu9PyOc/s320/548.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Krótka charakterystyka planu : śniadanie, drinki, ocean, odkrycie drugiej plaży &lt;div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2725216450122470845-2343534805539697436?l=rodzinawedrowcow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://rodzinawedrowcow.blogspot.com/feeds/2343534805539697436/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2725216450122470845&amp;postID=2343534805539697436' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2725216450122470845/posts/default/2343534805539697436'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2725216450122470845/posts/default/2343534805539697436'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://rodzinawedrowcow.blogspot.com/2008/11/gran-canaria-ii-dzie.html' title='Gran Canaria - rozpoznanie terenu'/><author><name>Wesoła Ferajna</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04221381433707937073</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_7eN8GT9Ib8o/SRm1PL88MtI/AAAAAAAAABE/Qvw0Wu9PyOc/s72-c/548.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2725216450122470845.post-1416045131365950892</id><published>2008-10-23T20:00:00.000-07:00</published><updated>2008-11-15T11:48:28.298-08:00</updated><title type='text'>Gran Canaria - przyjazd</title><content type='html'>&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_7eN8GT9Ib8o/SRmv0ZViYnI/AAAAAAAAAA8/ue8jR1nx1XU/s1600-h/169.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5267434553875784306" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 320px; CURSOR: hand; HEIGHT: 240px" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_7eN8GT9Ib8o/SRmv0ZViYnI/AAAAAAAAAA8/ue8jR1nx1XU/s320/169.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;div&gt;&lt;span style="font-family:verdana;"&gt;Czas akcji : 22.10.2008 do 05.11.2008&lt;br /&gt;Miejsce : Gran Canaria, Wyspy Kanaryjskie&lt;br /&gt;Osoby zaplątane w akcje : Rodzina Wędrowców i inni bardziej lub mniej poznani …&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gran Canaria – jedna z Wysp Kanaryjskich. Górzysta wyspa pochodzenia wulkanicznego, położona wraz z kumpelkami o tej samej konstrukcji na Oceanie Atlantyckim. Dokładnie północny zachód od wybrzeża Afryki. Jeszcze dokładniej to jakieś 140 km w linii prostej od linii brzegowej Afryki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nazwa wyspy – przez wiele lat utrzymywano, że nazwa ta pochodzi od psa kanaryjskiego „Can” , najnowsze naukowe badania ( pewnie naukowców amerykańskich) dowodzą jednak, że wywodzi się ona z antroponimu „Canarii” jednego z plemion afrykańskich.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-family:verdana;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-family:verdana;"&gt;&lt;br /&gt;Od rana bieganie i załatwianie ostatnich spraw. Dopakowywanie walizek i upychanie najpotrzebniejszych rzeczy. Miłe zaskoczenie polegało na tym, że letnie ciuchy ważą mniej a co za tym idzie można ich wziąć więcej. I tak mieliśmy problem ponieważ na łebka pozwolili nam zabrać jedynie 15 malutkich kilogramków. To niewiele naprawdę. Biorąc pod uwagę jeszcze osławione już kobiece kosmetyki to naprawdę robi się tragedia. Byłam niezwykle zorganizowana i wzięliśmy jedynie to co było ( oczywiście mówię o kosmetykach ) naprawdę niezbędne. Sprzątnęliśmy też mieszkanie, żeby przez te 14 dni nie obrosło dodatkowymi oprócz już posiadanych zwierzątkami. Sprawdziliśmy co się da i jak się da i wyruszyliśmy późnym wieczorem na lotnisko. Najpierw oczywiście taryfa. Pan kierowca bardzo uprzejmie życzył nam wszystkiego dobrego. Mimo to wysiedliśmy pod niewłaściwym terminalem i musieliśmy drałować do głównej hali odlotów. Za nami rozlegało się dziwne rzężenie. Odwróciliśmy się i okazało się, że naszemu Panu taksówkarzowi miejsce pracy kompletnie umarło. Poza dźwiękami nie wróżącymi nic dobrego nie dawało znaków życia. Spojrzeliśmy po sobie i przyszło do głowy każdemu z nas osobno a potem już razem, że niezły znak jak na początek. Przynajmniej dobrze, że zdołał nas dowieźć na czas. Godzina 20 z minutami wchodzimy na główną halę i tu spotyka nas totalne zaskoczenie. Przed nami gigantyczna kolejka rodaków z walizkami, walizeczkami, pakuneczkami i dziećmi. Brakowało tylko kanarków, kotów, nutrii no i oczywiście Misia Kolargola. Oczywiście lotnisko to duża sprawa i nie ma co się dziwić, że dużo też tam ludzików. Niemniej jednak wszystkie te ludziki stały do okienka naszego przewoźnika. Co oznaczało, że wszyscy oni razem z nami jadą na tą wyprawę – przeprawę a do tego robią tłok i kolejkę na którą kompletnie nie byliśmy przygotowani. Na szczęście Pani z okienka bardzo szybko się z nami uporała, wręczając każdemu sprawnie odpowiednie dokumenty. Potem nastąpiło stanie w drugiej kolejce – aby nadać bagaż. Trochę to trwało i wtedy tam na miejscu wydawało mi się, że nawet długo ale podróże kształcą i po tym ile trwało zdawanie bagażu na wyspie ( o tym szerzej później ) to dochodzę do wniosku, że tutaj miało to miejsce w tempie niemalże błyskawicznym. Jaki z tego morał, trzeba podróżować…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Oddaliśmy walizki. Idealnie zmieściliśmy się w wyznaczonych granicach wagowych. Grzeczne dzieci. Potem poszliśmy sobie zapalić i przygotować się psychicznie do kolejnego etapu. Kolejny etap składał się z 5,5 h w samolocie zwanym potocznie wesołym autobusem pełnym polaków. Kontrola osobista przeszła gładko. Może dlatego, że tym razem postanowiliśmy nie przewozić ze sobą sadzonek kaktusów ukrytych za pazuchą? Tutaj obserwacja psychologiczno – socjologiczna rodaków. Stoimy, siedzimy, zalegamy wszyscy przed Gate numer coś tam w oczekiwaniu na zapakowanie. Zaczyna pojawiać się powoli załoga. Tłum oczekujących nerwowo podskakuje i niemalże natychmiast ustawia się w kilometrową kolejkę. Oczywiście to, że Pani w niebieskim przyszła na stanowisko wcale nie oznaczało, że już natychmiast zaczną do tego samolotu pakować pęczkami. Tłum więc karnie ustawiony w kolejkę przebierał potem nerwowo nogami przez kolejne kilkanaście minut. Wydało mi się to dziwne – każdy ma bilet, każdy ma wyznaczone miejsce – nie działa tu więc zasada „łap co lepsze, bo zabraknie”. Po co więc tak się ustawiać w te kolejkowe konstrukcje i tak się wzajemnie nakręcać? Nie wiem ale jak praktyka pokaże – polak tak chyba lubi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Lot – co tu dużo mówić długo to trwało ale dało się wytrzymać. Nocny lot jeszcze o tyle był fajny, że wiele osób przysypiało. Zostały wygaszone światła więc po prostu było cicho i nawet jak ktoś to potrafi można było trochę przysnąć. Mnie też się w sumie udało na kilka chwil ale przyznam, że takie siedzenie w miejscu przez tyle godzin potrafi człowieka zmęczyć. Wylądowaliśmy na miejscu o 4.30 czasu lokalnego. Odebraliśmy bagaż i razem z innymi udaliśmy się do czekającej na nas Pani rezydentki. Poznaliśmy ją nie po tym, że miała napisane na czole „REZYDENTKA” a po tym, że trzymała w rękach wielki segregator z nazwą naszego biura podróży. Takie to było sprytne. Przesympatyczna osoba i zakręcona równie mocno jak my po podróży. Po tym jak Wędrowiec wyższy po chwili przypomniał sobie nazwę naszego hotelu zostaliśmy oddelegowani do odpowiedniego autobusu. Zapaliwszy uprzednio upragnionego papieroska zapakowaliśmy do tego odpowiedniego autobusu swój bagaż. Po dokonaniu tej czynności okazało się, że bagaż może i się zmieścił ale dla nas nie ma już w środku miejsca. Rodacy patrzyli na nas z krzywymi uśmiechami a my staliśmy w tym przejściu jak dwie sierotki nie wiedząc co począć dalej. Zauważyła nas nasza Pani Rezydentka i niezwłocznie zainterweniowała przesadzając nas do drugiego, w którym po pierwsze można było sobie wybrać miejsce, po drugie mieć nawet na upartego miejsce leżące. Odprowadzani spojrzeniami krzywych uśmiechów przenieśliśmy się więc do innego autokaru. Jak to potem słusznie zauważył Wędrowiec wyższy – taktyka rodaków, taktyka… panie biegły zaklepywać miejsca a panowie pakowali bagaże. A Wędrowcy co? Poszli sobie oboje palić zamiast brać udział w zapełnianiu autobusu jak się należy. I co Wędrowcy z tego mieli? Wygodne miejscówki… Teraz o samym miejscu lądowania. Byłam zaskoczona i z lekka zdziwiona. Było chłodno. Spodziewałam się wysokiej temperatury – przynajmniej takiej, która mile by otaczała stąd i stamtąd. Tutaj może nie mróz i wiatr albo ściana deszczu ale tak bez rewelacji. Polar przywieziony z Polandii w sumie był jak najbardziej użyteczny. Myślę, że to rozczarowanie odmalowało się nie tylko na mojej i Wyższego Wędrowca twarzy. Wszyscy mieli takie miny. Jak dzieci, którym sklepik z lizakami zamknęli przed nosem. Widząc te twarze Pani Rezydentka skwapliwie wyjaśniła, że zapewnia nas i obiecuje iż jutro będziemy swobodnie mogli chodzić w kostiumach kąpielowych. Tłumaczyła, że już październik i nocami tam jest chłodniej ale w ciągu dnia pogoda jest murowana to znaczy ciepła a wręcz upalna. Sklepik z lizakami otworzyli z powrotem… Jechaliśmy tym autokarem około pół godziny do hotelu. Po drodze w różnych hotelach zostawialiśmy rodaków aż w końcu dotarliśmy do naszego. Tam najwięcej rodaków się wysypało z autokarów. Nastąpiła więc czwarta seria kolejkowa. Stanie w celu zameldowania się. Pomimo zmęczenia uśmiechnęłam się szeroko po tym jak usłyszałam Panią Rezydentkę tłumaczącą tłumowi kolejkowiczów, żeby się nie tłoczyli i nie spieszyli ponieważ nie ma to wpływu na przydział pokoju hotelowego. Pokoje zostały już bowiem rozdzielone i jakiekolwiek będą mogły być dokonane dopiero następnego dnia – wtedy kiedy będzie kierownictwo. Zostaliśmy zaobrączkowani, obdarzeni kopertą, w której znajdowała się rozpiska i mapka hotelu wraz ze wskazaniem gdzie mamy się udać żeby znaleźć pokój a w nim zapewne łóżko, na którym moglibyśmy zalec.&lt;br /&gt;I był to już czwartek. Jeszcze zanim zaczęliśmy wlec swoje zmęczone kończyny do wspomnianego pokoju dowiedzieliśmy się, że możemy zjeść w restauracji małą przekąskę a o 11 jest spotkanie informacyjne. Udało mi się ustalić, że godzina była mniej więcej 6 rano. Co oznaczało, że do wyspania po odjęciu nawet mega szybkiej kanapki mamy w sumie jakieś niecałe 4 godziny. Byłam gotowa odmówić udziału w spotkaniach, w mojej głowie zalęgła się myśl o spaniu długim i nieprzerwanym aż do następnego poniedziałku na przykład. Tutaj natomiast Wędrowiec Wyższy wprowadził mnie w osłupienie ponieważ oświecił mnie, że to nawet ważne, żebyśmy się tam pojawili bo dzięki temu się możemy czegoś ważnego dowiedzieć i dodał na koniec , że szkoda tracić czasu. Powiedział to Wędrowiec Wyższy, który uwielbia spać. Osłupienie do kwadratu. No i poszliśmy ... ( ale o tym zaraz potem ). Najpierw było to śniadanie czyli suchy prowiant w postaci kanapki. Kanapka jak kanapka wprowadzana do otworu gębowego bez specjalnego czucia i zastanowienia ponieważ cała uwaga skierowana była na zbliżającą się możliwość położenia się spać. Przynajmniej na chwilę…&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div&gt;&lt;span style="font-family:Verdana;"&gt;Spotkanie trwało ponad godzinę. Pani nam opowiedziała jakie miejsca warto zobaczyć. Dostaliśmy wykaz wycieczek. Prowadząca poinformowała nas tez, ze jezeli jeszcze raz zobaczy kogokolwiek bez czapki i okularow to przelozy taka osobe przez kolano i będzie bicie. Sądząc po reakcji męskiej części uczestników / tych z grupy 40+/ taka ewentualność wyglądała dla nich kusząco... Ci z grup wiekowych o nizszej wartości najczęściej mieli bardziej czujną obstawę. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;span style="font-family:Verdana;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;span style="font-family:Verdana;"&gt;Pozostała część dnia ubiegła nam na zwiedzaniu, sprawdzaniu i zachwycaniu się pogodą. Rzeczywiście zgodnie z obietnicą słońce grzało bez zarzutu. Niebo całkowicie bezchmurne. Słowem rewelacyjna, wymarzona. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2725216450122470845-1416045131365950892?l=rodzinawedrowcow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://rodzinawedrowcow.blogspot.com/feeds/1416045131365950892/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2725216450122470845&amp;postID=1416045131365950892' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2725216450122470845/posts/default/1416045131365950892'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2725216450122470845/posts/default/1416045131365950892'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://rodzinawedrowcow.blogspot.com/2008/11/gran-canaria.html' title='Gran Canaria - przyjazd'/><author><name>Wesoła Ferajna</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04221381433707937073</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_7eN8GT9Ib8o/SRmv0ZViYnI/AAAAAAAAAA8/ue8jR1nx1XU/s72-c/169.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2725216450122470845.post-7410307795551209393</id><published>2008-10-04T05:03:00.000-07:00</published><updated>2008-11-20T05:04:15.189-08:00</updated><title type='text'>Niemcy - Kassel</title><content type='html'>&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2725216450122470845-7410307795551209393?l=rodzinawedrowcow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://rodzinawedrowcow.blogspot.com/feeds/7410307795551209393/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2725216450122470845&amp;postID=7410307795551209393' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2725216450122470845/posts/default/7410307795551209393'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2725216450122470845/posts/default/7410307795551209393'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://rodzinawedrowcow.blogspot.com/2008/11/niemcy-kassel.html' title='Niemcy - Kassel'/><author><name>Wesoła Ferajna</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04221381433707937073</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2725216450122470845.post-4129252024758114527</id><published>2008-08-05T05:04:00.000-07:00</published><updated>2008-11-20T05:04:42.067-08:00</updated><title type='text'>Polska - Spychowo</title><content type='html'>&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2725216450122470845-4129252024758114527?l=rodzinawedrowcow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://rodzinawedrowcow.blogspot.com/feeds/4129252024758114527/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2725216450122470845&amp;postID=4129252024758114527' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2725216450122470845/posts/default/4129252024758114527'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2725216450122470845/posts/default/4129252024758114527'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://rodzinawedrowcow.blogspot.com/2008/08/polska-spychowo.html' title='Polska - Spychowo'/><author><name>Wesoła Ferajna</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04221381433707937073</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2725216450122470845.post-2154037327873468286</id><published>2008-07-31T05:03:00.000-07:00</published><updated>2008-11-20T05:03:43.150-08:00</updated><title type='text'>Polska - Drzewoszewo</title><content type='html'>&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2725216450122470845-2154037327873468286?l=rodzinawedrowcow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://rodzinawedrowcow.blogspot.com/feeds/2154037327873468286/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2725216450122470845&amp;postID=2154037327873468286' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2725216450122470845/posts/default/2154037327873468286'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2725216450122470845/posts/default/2154037327873468286'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://rodzinawedrowcow.blogspot.com/2008/07/polska-drzewoszewo.html' title='Polska - Drzewoszewo'/><author><name>Wesoła Ferajna</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04221381433707937073</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2725216450122470845.post-585620885894301140</id><published>2008-07-14T05:04:00.000-07:00</published><updated>2008-11-20T05:05:05.506-08:00</updated><title type='text'>Polska - Cesarka</title><content type='html'>&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2725216450122470845-585620885894301140?l=rodzinawedrowcow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://rodzinawedrowcow.blogspot.com/feeds/585620885894301140/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2725216450122470845&amp;postID=585620885894301140' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2725216450122470845/posts/default/585620885894301140'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2725216450122470845/posts/default/585620885894301140'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://rodzinawedrowcow.blogspot.com/2008/07/polska-cesarka.html' title='Polska - Cesarka'/><author><name>Wesoła Ferajna</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04221381433707937073</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2725216450122470845.post-4598243182905418511</id><published>2008-05-11T11:21:00.000-07:00</published><updated>2008-11-11T11:22:25.990-08:00</updated><title type='text'>Wielka Brytania - Londyn</title><content type='html'>&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_7eN8GT9Ib8o/SRnbX1oEGzI/AAAAAAAAAC0/QfnTROUXeEw/s1600-h/PICT3301.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5267482441765100338" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 320px; CURSOR: hand; HEIGHT: 240px" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_7eN8GT9Ib8o/SRnbX1oEGzI/AAAAAAAAAC0/QfnTROUXeEw/s320/PICT3301.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2725216450122470845-4598243182905418511?l=rodzinawedrowcow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://rodzinawedrowcow.blogspot.com/feeds/4598243182905418511/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2725216450122470845&amp;postID=4598243182905418511' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2725216450122470845/posts/default/4598243182905418511'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2725216450122470845/posts/default/4598243182905418511'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://rodzinawedrowcow.blogspot.com/2008/05/wielka-brytania-londyn.html' title='Wielka Brytania - Londyn'/><author><name>Wesoła Ferajna</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04221381433707937073</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_7eN8GT9Ib8o/SRnbX1oEGzI/AAAAAAAAAC0/QfnTROUXeEw/s72-c/PICT3301.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2725216450122470845.post-7089655606612887633</id><published>2008-02-22T11:03:00.000-08:00</published><updated>2008-11-11T11:05:32.079-08:00</updated><title type='text'>Polska - Białowieża</title><content type='html'>&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_7eN8GT9Ib8o/SRnXX46w5hI/AAAAAAAAACE/m61EVMvKKQo/s1600-h/PICT3257.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5267478044602328594" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 320px; CURSOR: hand; HEIGHT: 240px" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_7eN8GT9Ib8o/SRnXX46w5hI/AAAAAAAAACE/m61EVMvKKQo/s320/PICT3257.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt; Rezerwat Żubra, Miejsce Mocy&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2725216450122470845-7089655606612887633?l=rodzinawedrowcow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://rodzinawedrowcow.blogspot.com/feeds/7089655606612887633/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2725216450122470845&amp;postID=7089655606612887633' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2725216450122470845/posts/default/7089655606612887633'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2725216450122470845/posts/default/7089655606612887633'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://rodzinawedrowcow.blogspot.com/2008/02/polska-biaowiea.html' title='Polska - Białowieża'/><author><name>Wesoła Ferajna</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04221381433707937073</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_7eN8GT9Ib8o/SRnXX46w5hI/AAAAAAAAACE/m61EVMvKKQo/s72-c/PICT3257.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2725216450122470845.post-1783169289999173835</id><published>2007-10-08T11:18:00.000-07:00</published><updated>2008-11-11T11:20:33.889-08:00</updated><title type='text'>Polska - Mazury</title><content type='html'>&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_7eN8GT9Ib8o/SRnazggNF5I/AAAAAAAAACs/l4Fuows6BYw/s1600-h/PICT2931.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5267481817619699602" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 320px; CURSOR: hand; HEIGHT: 240px" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_7eN8GT9Ib8o/SRnazggNF5I/AAAAAAAAACs/l4Fuows6BYw/s320/PICT2931.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt; Galindia, Krutynia, Mikołajki&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2725216450122470845-1783169289999173835?l=rodzinawedrowcow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://rodzinawedrowcow.blogspot.com/feeds/1783169289999173835/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2725216450122470845&amp;postID=1783169289999173835' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2725216450122470845/posts/default/1783169289999173835'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2725216450122470845/posts/default/1783169289999173835'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://rodzinawedrowcow.blogspot.com/2007/10/polska-mazury.html' title='Polska - Mazury'/><author><name>Wesoła Ferajna</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04221381433707937073</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_7eN8GT9Ib8o/SRnazggNF5I/AAAAAAAAACs/l4Fuows6BYw/s72-c/PICT2931.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2725216450122470845.post-7665283331290013079</id><published>2007-09-29T11:06:00.000-07:00</published><updated>2008-11-11T11:09:34.718-08:00</updated><title type='text'>Polska - Brok</title><content type='html'>&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_7eN8GT9Ib8o/SRnYT3QbHUI/AAAAAAAAACU/ZTx4_Dcm_q8/s1600-h/PICT2836.JPG"&gt;&lt;span style="font-family:verdana;"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5267479074948455746" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 320px; CURSOR: hand; HEIGHT: 240px" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_7eN8GT9Ib8o/SRnYT3QbHUI/AAAAAAAAACU/ZTx4_Dcm_q8/s320/PICT2836.JPG" border="0" /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-family:verdana;"&gt; Grzybobranie&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;div&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_7eN8GT9Ib8o/SRnYCOWuWyI/AAAAAAAAACM/ZTXIvTZ8FEs/s1600-h/PICT2876.JPG"&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div&gt;&lt;span style="font-family:verdana;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2725216450122470845-7665283331290013079?l=rodzinawedrowcow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://rodzinawedrowcow.blogspot.com/feeds/7665283331290013079/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2725216450122470845&amp;postID=7665283331290013079' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2725216450122470845/posts/default/7665283331290013079'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2725216450122470845/posts/default/7665283331290013079'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://rodzinawedrowcow.blogspot.com/2007/09/polska-brok.html' title='Polska - Brok'/><author><name>Wesoła Ferajna</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04221381433707937073</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_7eN8GT9Ib8o/SRnYT3QbHUI/AAAAAAAAACU/ZTx4_Dcm_q8/s72-c/PICT2836.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2725216450122470845.post-5816865051407744136</id><published>2007-08-16T11:26:00.000-07:00</published><updated>2011-05-31T12:35:47.040-07:00</updated><title type='text'>Polska - Radomice</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/-Ey-mDFK6b20/TeVC6YeZhLI/AAAAAAAAAEI/jfLVECmsFhA/s1600/PICT2737.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://2.bp.blogspot.com/-Ey-mDFK6b20/TeVC6YeZhLI/AAAAAAAAAEI/jfLVECmsFhA/s320/PICT2737.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5612966081356989618" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Magiczne miejsce, magiczni ludzie. Piękna, stara  chata przystosowana do dzisiejszych realiów.&lt;br /&gt;&lt;div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2725216450122470845-5816865051407744136?l=rodzinawedrowcow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://rodzinawedrowcow.blogspot.com/feeds/5816865051407744136/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2725216450122470845&amp;postID=5816865051407744136' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2725216450122470845/posts/default/5816865051407744136'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2725216450122470845/posts/default/5816865051407744136'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://rodzinawedrowcow.blogspot.com/2007/08/polska-radomice.html' title='Polska - Radomice'/><author><name>Wesoła Ferajna</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04221381433707937073</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/-Ey-mDFK6b20/TeVC6YeZhLI/AAAAAAAAAEI/jfLVECmsFhA/s72-c/PICT2737.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2725216450122470845.post-3050055068311189076</id><published>2007-08-05T11:15:00.000-07:00</published><updated>2008-12-16T11:15:29.458-08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='głusza'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Polskie zakamarki'/><title type='text'>Polska - Likusy</title><content type='html'>&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_7eN8GT9Ib8o/SRnZ-OpIyDI/AAAAAAAAACk/iipmMcMJOE8/s1600-h/DSC03481.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5267480902292260914" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 320px; CURSOR: hand; HEIGHT: 240px" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_7eN8GT9Ib8o/SRnZ-OpIyDI/AAAAAAAAACk/iipmMcMJOE8/s320/DSC03481.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt; Zaciszne miejsce ukrycia weekendowego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Polecam to miejsce szczególnie tym, którzy umęczeni wielkomiejskim huczeniem i buczeniem chcieliby się gdzieś zaszyć. I nie mówię tu o takim środku, który umożliwia odstawienie pewnego rodzaju substancji.&lt;br /&gt;Wyjechaliśmy jak zwykle w piątek po pracy. Warunki pogodowe pomimo pory roku nie były wcale sprzyjające. Po drodze złapała nas groźnie wyglądająca burza. Wycieraczki nie dawały rady, a my czuliśmy się tak jakby ktoś nad nami stał i polewał samochód wiadrami wody. Tym samym przeoczyliśmy odpowiedni zakręt. W końcu jakoś dotarliśmy do samej Nidzicy. Był jeszcze jeden kłopot. Byłam przekonana, że trafienie na miejsce nie będzie żadnym problemem, więc podczas rezerwacji pokoju nie dopytałam dokładnie jak mamy dojechać. Trochę się zmartwiliśmy gdy się okazało, że nawet mapa internetowa nie pokazuje żadnych dróg w okolicy tej miejscowości, w której mieliśmy się zatrzymać. Nie takie rzeczy jednak widzieliśmy, więc ustaliliśmy, że jak będziemy w samej Nidzicy to zadzwonimy do gospodarzy i poprosimy o dokładne wytłumaczenie dalszej trasy. Nie wzięliśmy jednak pod uwagę ulewnego deszczu oraz nieprzeniknionych ciemności.&lt;br /&gt;Zadzwoniłam do naszych gospodarzy. Odebrała przesympatyczna Pani, z którą wcześniej rozmawiałam o rezerwacji. Ona mi tłumaczyła, ja nic nie rozumiałam. Ona spokojnie tłumaczyła, ja nadal nie rozumiałam. W końcu Wędrowiec Większy się zirytował i zażądał przekazania słuchawki. Pani też się poddała i przekazała słuchawkę swojemu mężowi. Panowie ustalili szczegóły i ruszyliśmy dalej w trasę. Jak się potem okazało dotarcie na miejsce wymagało od nas jeszcze kilku telefonów. Wkrótce znaleźliśmy się w wysokim, bardzo ciemnym lesie. Droga przypominała szwajcarski ser w promieniu kilkunastu kilometrów nie widać było ani jednego światełka. Nie widzieliśmy też żadnych samochodów. Trochę to było mroczne przeżycie. Jechaliśmy też w końcowym odcinku całkowicie leśną drogą. Ciemno jak w grobie, szumiał las, deszcz nie przestawał padać. W końcu dojechaliśmy do wsi, w której mieliśmy się nocleg. Punktem docelowym miała być biała brama. Problem polegał na tym, że w całej wsi świeciła tylko jedna lampa i bynajmniej nie oświetlała żadnej białej bramy. Oczywiście kolejny raz zadzwoniłam do naszych przemiłych gospodarzy. Podczas kiedy ja tłumaczyłam Pani gdzie jesteśmy a Ona próbowała ustalić, dlaczego nas nie widzi, ponieważ jest na drodze Wędrowiec Większy oznajmił – „ ja słyszę głos tej kobiety”. Lekko poirytowana odparłam, że to zrozumiałe skoro z nią rozmawiam a On siedzi obok. Na co usłyszałam, że nie ze słuchawki słyszy, ale z, zewnątrz, co oznacza, że kobieta jest gdzieś rzeczywiście przed nami. Było tak ciemno, że my nie zauważyliśmy postaci, która stała kilka metrów od nas na poboczu drogi. W końcu dotarliśmy, więc na miejsce. Przyznaję, że było kilka takich momentów, kiedy byłam przerażona tą wyprawą. Czułam się odpowiedzialna za tą wyprawę, ponieważ to ja znalazłam kwaterę i miało być naprawdę super. Tymczasem, przez ostatnie kilka godzin prowadziliśmy konferencje telefoniczne i traciliśmy nadzieje, że w ogóle uda nam się dotrzeć na miejsce.&lt;br /&gt;Wjechaliśmy na podwórze domu i poczuliśmy się mocno zdezorientowani. Biorąc pod uwagę okolicę i właściwie wszechogarniającą czerń oraz te kilka domów we wsi byliśmy w pewnym sensie przygotowani na jakąś chałupinę bez specjalnych wygód. Tutaj nastąpiła seria miłych niespodzianek. Dom duży, w którym spokojnie w jednym czasie mogło się zatrzymać kilka rodzin. Mimo, że osób tam było sporo nikt sobie nie wchodził w drogę, ponieważ do każdego pokoju prowadziło osobne wejście z zewnątrz. Każdy pokój stanowił tak naprawdę samodzielny aneks mieszkalny. Dostępna była wnęka kuchenna i łazienka. Wszystko świeżo po remoncie, więc czyściutko i schludnie. Z tego, co dowiedzieliśmy się od gospodarzy dom został przerobiony ze starej stodoły. Zaprojektowany według najnowocześniejszych standardów. Drugi dom, ten, w którym mieszkali gospodarze stał nieopodal. Klimatycznie ozdobiony budynek, z gustem urządzony sprawiał, że widziało się w tym dbałą rękę osób, które nie dość, że zarabiają na turystach, to jeszcze chcą, żeby Oni naprawdę dobrze się tam czuli. Zgodnie z tym, co wcześniej usłyszałam podczas rozmowy telefonicznej rozmowy nasz pokój był ostatnim wolnym. Wszystkie pozostałe były zarezerwowane z dużym wyprzedzeniem i jestem pewna, że gospodarze nie narzekają na brak klientów.&lt;br /&gt;Następnego dnia rano naszym oczom ukazał się piękny widok. Na środku terenu okalającego dom znajdował się duży staw, na nim natomiast wyspa z miejscem do grillowania. Oczywiście miejsce do grillowania osłonięte przed deszczem gustowną drewnianą altanką. Na wyspę wchodziło się po mostku. Ponadto nieopodal znajdowała się też drewniana dwuosobowa huśtawka ustawiona w pobliżu jakichś drzew owocowych. Jakich nie wiem, ponieważ kompletnie się na drzewach nie znam. Ważne, że było naprawdę ładnie. Nie zapomnę tego wieczoru przy grillu, światła świecy, spokojnie upływającego czasu w otoczeniu pluskających w wodzie ryb. W ramach poznawania terenu wybraliśmy się też na kilka spacerów. Podczas jednego z nich odnaleźliśmy jeziorko ukryte gdzieś głęboko w lesie. Otoczone było takimi chaszczami, że tylko Wędrowiec Większy mógł zaryzykować przedzieranie się przez nie w celu okrążenia jeziora. Ja postanowiłam spokojnie posiedzieć w jednym miejscu i kontemplować rozpościerający się przede mną widoczek. Oczywiście przy okazji wystawiłam się na żer wszystkim małym i dużym owadom z okolicy, ale nawet ich natarczywość, nie zdołała zburzyć mojego wewnętrznego spokoju. Wędrowiec Większy przeżył podczas swojego przedzierania się przez dziki gąszcz chwile grozy. W pewnym momencie grunt pod nogami zaczął mu się uginać i końcowy etap wędrówki okazał się bagienną przygodą. Dobrze, że mu się nic nie stało. Ja niczego nieświadoma radośnie pstrykałam mu zdjęcia z drugiego brzegu. Gdybym wiedziała, co tam się wtedy działo.&lt;br /&gt;Powiem tyle. To był naprawdę spokojny, relaksujący, ciepły i dobry weekend. Cisza, spokój, uroczy gospodarze. Co mnie w tym miejscu najbardziej ujęło? Podczas podróży byłam przestraszona tym, że jedziemy w jakieś totalne odludzie. Nie spodziewałam się, że będzie tam aż tak zacisznie, ponieważ miejsce znajduje się w sumie niedaleko od Nidzicy. Zawsze z odludziem bardziej kojarzyły mi się Bieszczady a nie Mazury. Tak, więc poczułam się mocno zaskoczona faktem, że w sumie niedaleko od miasta można znaleźć taką zupełną dzicz. Miejsce, gdzie przez cały weekend nie słyszeliśmy ani jednego przejeżdżającego samochodu. Naprawdę udało mi się zresetować po całym tygodniu nerwowego napinania, co ważne, ponieważ rzadko udaje mi się taki stan osiągnąć w mieście a często nawet podczas różnych wypraw nie zawsze jest to mozliwe.&lt;br /&gt;Szczególnie polecam Likusy wielbicielom ptaków, zieleni, owadów latających i brzęczących, wędkarzom i wszystkim tym, którzy chcą spokojnie odpocząć z dala od innych.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2725216450122470845-3050055068311189076?l=rodzinawedrowcow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://rodzinawedrowcow.blogspot.com/feeds/3050055068311189076/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2725216450122470845&amp;postID=3050055068311189076' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2725216450122470845/posts/default/3050055068311189076'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2725216450122470845/posts/default/3050055068311189076'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://rodzinawedrowcow.blogspot.com/2007/08/polska-likusy.html' title='Polska - Likusy'/><author><name>Wesoła Ferajna</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04221381433707937073</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_7eN8GT9Ib8o/SRnZ-OpIyDI/AAAAAAAAACk/iipmMcMJOE8/s72-c/DSC03481.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2725216450122470845.post-3811617767952801657</id><published>2007-06-04T11:10:00.000-07:00</published><updated>2008-12-30T12:16:51.476-08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='słońce'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='morze'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='zwiedzanie'/><title type='text'>Polska - Hel</title><content type='html'>&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_7eN8GT9Ib8o/SRnZKTU91-I/AAAAAAAAACc/HU1kH0Yd3bY/s1600-h/DSC03379.JPG"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5267480010196637666" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 320px; CURSOR: hand; HEIGHT: 240px" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_7eN8GT9Ib8o/SRnZKTU91-I/AAAAAAAAACc/HU1kH0Yd3bY/s320/DSC03379.JPG" border="0" /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt; &lt;span style="font-family:verdana;"&gt;Fortyfikacje, Wizyta Bush` genialna pogoda&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-family:verdana;"&gt;To była pod wieloma względami naprawdę niezwykła wyprawa. Droga z miejsca naszego zamieszkania trochę nam zajęła, ale nie miało to najmniejszego znaczenia, ponieważ to, co zobaczyliśmy w tej okolicy zrekompensowało wszystkie trudy podróży. Nie oczekiwaliśmy jakiejś rewelacyjnej pogody, w końcu to początek czerwca. Z tym, że w Polsce jak się okazało początek czerwca oznacza ni mniej ni więcej pełne lato. To właśnie nas w pierwszej kolejności zachwyciło. Pogoda jak drut przez całe dwa tygodnie pobytu. Codziennie powyżej dwudziestu stopni, możliwe kąpiele w morzu, smażenie się w pełnym słońcu. Opaliliśmy się niczym dwie skwarki. Nie wierzyłam własnym oczom codziennie rano, gdy wyglądałam przez okno. Nie wierzyłam, ponieważ nieodmiennie moim oczom ukazywało się bezchmurne niebo i słońce w pełni. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-family:verdana;"&gt;&lt;br /&gt;Wynajęliśmy sobie pokój w bardzo pięknym domu. Gustownie urządzony, każdy pokój wyposażony w meble własnego wykonania, co dodawało temu miejscu dodatkowego uroku i smaku. Aby dostać się nad brzeg morza musieliśmy pokonać odległość nie większą niż pięćset metrów. Wystarczyło kilkadziesiąt kroków i witało nas swoim szumem moje ukochane morze. Szło się przez sosnowy las, który pełnił również rolę pasa ochronnego. Plaże polecam w każdym calu i myślę, że każdy powinien zobaczyć ten zakątek. Ponieważ znajdowaliśmy się na półwyspie to plaża była z trzech stron świata. Można nią było sobie iść z jednego końca półwyspu do drugiego i myślę, że swobodnie każdy znajdował tam dla siebie jakiś swój ulubiony fragment. Dla tych, co uwielbiają towarzystwo mogli rozlokować się w bardziej zatłoczonej części czyli w pobliżu wejść. Ci, którzy uwielbiają kontemplować widok morza w ciszy i spokoju mogli z powodzeniem znaleźć swoje miejsce po odejściu kilkuset metrów w którąkolwiek ze stron. Idąc plażą w jedną stronę dochodziło się do Centrum miasta i portu. Idąc plażą w drugą stronę dochodziło się również do centrum miasta, ale nie od strony portu. Cudowne wrażenie. Słowem kolejna ważna cecha tej miejscowości – nie ma możliwości, żeby się zgubić, nie ma możliwości żeby zabłądzić. Już po kilku dniach wiadomo gdzie, co jest i my czuliśmy się jak w drugim domu. Nie wiem czy powinnam to pisać, ponieważ w pewnym sensie stracimy naprawdę rewelacyjną miejscówkę natomiast moim zdaniem przełom maja i czerwca to jest najlepszy czas, żeby się do tego miasta wybrać. O ile nie przepada się za zgiełkiem, hałasem, dzikimi tłumami a chce się podziwiać przyrodę i naprawdę odpocząć w malutkiej, spokojnej nadmorskiej miejscowości z magicznym klimatem. Podzieliłam się opinią na temat tego miejsca z moim bratem. Udzielił mu się mój zachwyt, więc zapakował całą rodzinę i wybrali się tam w sierpniu. Jedyna droga dojazdowa na Hel przywitała ich mega korkiem. Stali w nim kilka godzin a samochody się grzały i co drugie auto wymagało natychmiastowej reanimacji blokując przejazd. To ciche, urocze miasteczko zamieniło się w centrum rozrywki. Tłumy dzikie przetaczały się w każdą z możliwych stron. Nie napiszę jak wyraził wdzięczność za polecenie tej miejscowości mój rodzony braciszek, nie nadaje się to do rozpowszechniania. Oni tak jak my, chcieli ciszy i spokoju…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak, więc miasto o wielu twarzach. Może i nawet lepiej. Jeżeli chcesz ciszy i spokoju jedź tam poza sezonem, jeżeli uwielbiasz głośne imprezy na plaży i kolejki po Twoją ulubioną rybę to jedź tam w czasie sezonu letniego. Uprzedziłam…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Spędzaliśmy czas dokładnie tak jak to sobie wymarzyliśmy. Codziennie po śniadaniu wyprawa na plażę. Smażenie się w słońcu do południa. Potem zbieranie zabawek z piasku, kąpiel i doprowadzenie się do używalności w postaci usunięcia z siebie kilogramów piasku. Kolejno wybieraliśmy się do naszej ulubionej restauracji na rybę z frytkami, piwo i inne przysmaki. Obiady niezmiennie pyszne. Pod koniec pobytu Pani już nawet nie pytała, co tym razem chcemy. Ustalała tylko, czy na pewno to, co zawsze. Najedzeni i z zadowolonymi minami wybieraliśmy się na spacer po głównej ulicy Helu. To na tej ulicy usytuowane są wszystkie knajpki, restauracje, bary, smażalnie ryb. Trochę tego jest i właściwie codziennie można było jeść w innym miejscu i smakować różnych kuchni. Lody, ciastka i inne smakowitości, słowem, co tylko da się zjeść tam to się na pewno znajdowało. Te spacery ustalaliśmy w sposób leniwy i bez specjalnego odgórnego planu. Po prostu szliśmy przed siebie podziwiając miasto, chłonąc jego klimat, przyglądając się jak tętni życiem pomimo faktu, że nie był to wcale pełen sezon. Oddychało jeszcze spokojnie swoim własnym rytmem, nie mąciły jego życia tłumy obcych. Leniwie toczyły się dni. Lubię takie obserwacje. Po spacerze obowiązkowo szliśmy znowu na plażę, żeby pooglądać zachód słońca. O wieczorach nie będę pisać. Pozostawiam je owiane mgiełką tajemnicy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Co jeszcze można robić w tym miejscu? Co ciekawego można tam zobaczyć? Jest kilka naprawdę interesujących obiektów. W samym mieście wart obejrzenia jest Kościół poewangelicki pod wezwaniem świętych Piotra i Pawła. Jest to najstarszy budynek w Helu ( XV w.) Po zakończeniu działań wojennych, kiedy Helu opuścili ewangelicy budynek był wykorzystywany, jako magazyn przedsiębiorstwa połowowego „Arka”. W latach pięćdziesiątych minionego stulecia obiekt przeznaczono do rozbiórki, na szczęście Konserwator Zabytków Gdańska zadecydował o zaadaptowaniu świątyni na Muzeum. Mieści się tam do dziś Muzeum Rybołówstwa. Ekspozycja składa się między innymi z następujących działów: „Dzieje rybołówstwa morskiego w Polsce” czy „Warsztat szkutniczy”. Myślę, że warto tam zajrzeć chociażby, dlatego, że już niedługo sam sposób ekspozycji i przedstawienia eksponatów przejdzie do historii. Kartonowe, malowane na kolanie przez domorosłego artystę obrazki, ryby przyklejone do wielkiej niebieskiej płachty. Ma się wrażenie, że czas się w tym miejscu zatrzymał jakieś czterdzieści lat temu, ale nie z powodu eksponatów starych łodzi a z powodu tego, w jaki sposób są prezentowane. Niemniej jednak wycieczka po tym Muzeum może być naprawdę ciekawym doświadczeniem. Można też zobaczyć z czym Pani Hania ma dziś kanapkę i jaką herbatę lubi Pani Krysia – jak się ma szczęście i trafi się akurat na porę karmienia czyli śniadanie kustoszy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ważnym obiektem jest też Helska Latarnia. Latarnie same w sobie są magiczne i jeżeli jest się w pobliżu jakiejkolwiek z nich to obowiązkowo trzeba się na nią wspiąć. Stojąc tam na samej górze po pokonaniu kilkuset stopni należy zamknąć oczy i wyobrazić sobie, że jest się właśnie operatorem światła i pomaga się marynarzom wracać do stęsknionych żon albo kochanek.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Miejscem zasługującym na szczególną uwagę są fortyfikacje, schrony, stanowiska ogniowe. Wszystko to poukrywane wzdłuż półwyspu można obserwować i podziwiać. Niecodzienne wrażenie sprawia fakt, że ludzie tam pracujący bez żadnego proszenia dzielą się swoją wiedzą, przybliżają historię każdego eksponatu. Z dużym zaangażowaniem opowiadają odwiedzającym historię tego miejsca. Historię walk o naszą wolność. To bardzo uwrażliwia i sprawia, że nie patrzy się na te zabudowania, stanowiska ogniowe jedynie jak na kawałki eksponatów – patrzy się na to jak na coś, co naprawdę odegrało ważną rolę nie tylko w życiu tamtych ludzi, ale i naszym. Nie odważę się opisywać tych miejsc szczegółowo pod względem historycznym. Nie jest to zresztą tutaj moim celem. Każdy, kto chce pogłębić swoją wiedzę w tym zakresie powinien tam pojechać i zobaczyć to wszystko własnymi oczami. Zobaczyć, przeżyć, poczuć chłód – nie da się tego tak po prostu kilkoma słowami zobrazować.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Podczas naszego pobytu na Helu wpadł też Georg W. Bush Pomachał nam ręką ze swojego opancerzonego samochodu przez zaciemnione szyby i pojechał na obiad do Lecha. Z tym machaniem to oczywiście żartuje. Całe miasto zamieniło się w tym czasie w zasieki. Główna droga dojazdowa została zablokowana i obstawiona wojskiem i policją. Żuczki takie jak my stały wzdłuż chcąc zobaczyć, chociaż samochód, którym gość będzie jechał. Przejechali nam przed nosem w wielkiej buczącej eskorcie. Otwarte samochody a w nich groźni Panowie trzymający broń skierowaną prosto w szpaler żuczków. Gdyby tak komuś coś głupiego przyszło do głowy to by nas tam wszystkich za pomocą jednej serii zapewne zdołali uspokoić. Wydarzyło się podczas przejazdu kawalkady coś nieoczekiwanego. Myślę, że nawet Panowie z bronią się tego nie spodziewali. W pewnym momencie na drogę wybiegł Azorek łaciaty z rasy niskoskopiennej. Takie krótkie łapki, długie ciałko. Jedno uszko oklapnięte, drugie stojące. Pocieszne stworzonko postanowiło przejść przez ulicę. W tym samym momencie pojawiła się kawalkada samochodów i wyglądało na to, że Azorek nie zobaczy jednak drugiej strony ulicy. Tłum ciężko zamruczał. Kierowca pierwszego samochodu zaskoczony widokiem stworzonka lekko zwolnił, co dało psu sekundy na zabranie swojego tułowia ze środka. Jak tylko popatrzył na nas z drugiej strony cały i zdrowy rozległy się oklaski. Nie były to oklaski dla Pana Panie Bush. Adresatem oklasków był nasz rodzimy niskopienny Azorek, który postanowił zostać konkurencją dla głowy Państwa odwiedzającej inną głowę Państwa. Nie można nikogo winić za jego ambicję.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na koniec dodam jeszcze, że zanim stamtąd wyjechaliśmy dwukrotnie przedłużaliśmy nasz urlop. Każdy dzień był na wagę złota i bawiliśmy się świetnie. Mam nadzieję, że niedługo wrócę tam – i zdołam uściskać morze i będę się znowu wygrzewać leżąc na jasnym, ciepłym piasku.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2725216450122470845-3811617767952801657?l=rodzinawedrowcow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://rodzinawedrowcow.blogspot.com/feeds/3811617767952801657/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2725216450122470845&amp;postID=3811617767952801657' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2725216450122470845/posts/default/3811617767952801657'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2725216450122470845/posts/default/3811617767952801657'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://rodzinawedrowcow.blogspot.com/2007/06/polska-hel.html' title='Polska - Hel'/><author><name>Wesoła Ferajna</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04221381433707937073</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_7eN8GT9Ib8o/SRnZKTU91-I/AAAAAAAAACc/HU1kH0Yd3bY/s72-c/DSC03379.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2725216450122470845.post-43259883253901858</id><published>2006-08-16T11:22:00.000-07:00</published><updated>2008-11-20T05:01:54.733-08:00</updated><title type='text'>Norwegia - Stavanger</title><content type='html'>&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_7eN8GT9Ib8o/SRnb8AiIlII/AAAAAAAAAC8/G1zpiZeNcZw/s1600-h/DSC03122.JPG"&gt;&lt;span style="font-family:verdana;"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5267483063168308354" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 320px; CURSOR: hand; HEIGHT: 240px" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_7eN8GT9Ib8o/SRnb8AiIlII/AAAAAAAAAC8/G1zpiZeNcZw/s320/DSC03122.JPG" border="0" /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-family:verdana;"&gt; Straszono nas, że o tej porze roku to w Norwegii jest już ciemno i zimno. Na szczęście przypuszczenia i strachy dotyczące pogody okazały się całkowicie bezpodstawne. Trafiła nam się genialna pogoda. Zaczęliśmy podróż późnym wieczorem. Jeszcze wtedy nie było bezpośredniego lotu do Stavanger. Najpierw musieliśmy dolecieć do Oslo, gdzie czekała nas przesiadka na właściwy samolot do miejsca docelowego. Nie było innego połączenia. Wylądowaliśmy w Oslo około północy. Pierwszy szok, jaki przeżyłam dotyczył cen. Nie jest żadną tajemnicą, że Norwegia jest drogim krajem. Pić mi się chciało jak diabli i podreptaliśmy do sklepu na lotnisku. Gdy się okazało, że litrowa butelka jakiegoś zwykłego napoju kosztuje tyle, co kilka butelek tego samego napoju tutaj w Polsce to mnie trochę przygięło. Przyznam, że pragnienie się we mnie skurczyło natychmiast.&lt;br /&gt;Następny samolot mieliśmy o szóstej rano. Spędziliśmy, więc tę noc bezpośrednio na lotnisku. Jest ono położone godzinę jazdy pociągiem od centrum miasta, więc nie było sensu się tłuc pociągiem żeby wkrótce wracać. Byliśmy, więc jak dwoje przysłowiowych kloszardów. Przyznam, że było to nawet dosyć ciekawe doświadczenie. Przysypialiśmy trochę na walizkach i swetrach ułożonych bezpośrednio na podłodze. Po jakimś czasie przemarzliśmy od tego leżenia i zaczęliśmy polowanie na jakąś wolną ławkę. Nie byliśmy jedynymi osobami, które tam tak czekały na jakieś połączenia i w związku z tym znalezienie wolnej ławki graniczyło z cudem. Dreptaliśmy w celu rozgrzania się czujnie przyglądając się ławkom. Wszystkie wyglądały tak kusząco i nęcąco ale niestety były już pozajmowane. W końcu udało nam się jakąś dopaść. Nawet mnie zastanawiało, co z nią jest nie tak skoro taka samotna i wolna stoi sobie w kąciku. Uszczęśliwieni rozłożyliśmy się na niej. Wkrótce też się wyjaśniło, co z ławką było nie tak. Stała w masakrycznym przeciągu. Zaraz za nią były duże rozsuwane drzwi, z których co chwila ktoś wychodził. Przed nią natomiast znajdowały się drzwi wejściowe, przez które nieustannie wchodzili i wychodzili ludzie, dobrze, chociaż, że nie jakieś zwierzęta: -)&lt;br /&gt;Spaliśmy na zmiany – ktoś musiał czuwać przy bagażach. Przetrwaliśmy tą noc. W sumie wspominam ją nawet z dużym sentymentem. Nastał ranek i wpakowaliśmy się do kolejnego podniebnego autobusu. Jak się okazało ten lot przez Norwegów traktowany jest jak zwykły prawie autobus, którym dolatują do pracy. Panowie w garniturkach i Panie w kostiumikach lecą do pracy w Stavanger. Wyczuwało się odmienny klimat. Jeżeli robią to codziennie to się specjalnie nie gorączkują lotem jak Ci, którzy podróżują w ten sposób jedynie od czasu do czasu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z lotniska odebrał nas kolega. Mieliśmy się u nich zamelinować na te kilka dni pobytu. Wraz z kolegą powitała nas piękna zieleń, przestrzeń, porządek i jakiś taki mega spokój. Zero nerwówki. Nawet odbieranie bagaży odbywało się bez jakiejś niezdrowej atmosfery nagonki i zabiegania. Kolejną część dnia poświęciliśmy na odsypianie nocy spędzonej na lotnisku. Jak miło było położyć się w normalnym łóżku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak już się pozbieraliśmy w jedną całość to po południu pojechaliśmy na pobliską plażę. Oczywiście jak widzę dużą wodę to mi się robi genialnie i już właściwie nic więcej mi do szczęścia nie potrzeba. Zachwycona z szerokim uśmiechem na twarzy stałam tam wpatrzona w wielki błękit, który metalicznie połyskiwał przede mną.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nasi przemili gospodarze opowiedzieli nam o ciekawych miejscach, które możemy zobaczyć i zachęcili do zdobywania nowych doświadczeń turystycznych i poszli sobie zajmować się swoimi sprawami. Mając takie nieprzebrane perspektywy kolejnego dnia powędrowaliśmy, więc nad jezioro Mosvatnet. Jezioro, które zawsze już będzie miało dla nas specjalne znaczenie ale o tym tutaj nie opowiem…&lt;br /&gt;Obeszliśmy je dookoła odkrywając, co ciekawego rośnie w tamtych okolicach. Natknęliśmy się też na bardzo efektowne miejsce czyli szlak turystyczny w niedostępnych kniejach. Na tablicach opisywano, jakie roślinki widzimy przed sobą i jakie zwierzątka jak będą miały ochotę to się nam mogą objawić. Rośliny się pokazywały w całej okazałości, zwierzątka się nie objawiły. Może poza jednym koniem, który patrzył jakoś dziwnie jednym okiem. Ściśle rzecz ujmując miał całą parę ale spoglądał na nas złowieszczo tylko tym jednym. Trudno powiedzieć czy chciał się zaprzyjaźnić czy też stratować. Nie sprawdzaliśmy, oddaliliśmy się. Kawałek tego szlaku musieliśmy pokonywać prawie na kolanach, ponieważ była to dosyć trudna ścieżka, ale niezwykle przez to intrygująca . Jak widać uwielbiamy dzikie ostępy. Musieliśmy też przedzierać się przez siatkę korzystając z drabinek. Siatkę, która chroniła nie wiem, co i nie wiem, przed czym. Zdaje się, że była nawet pod prąd podłączona, co sugeruje, że chronić mogła jedne zwierzątka przed spotkaniem z drugimi zwierzątkami. Wyprawa, więc nad jezioro bardzo nam się udała i zmęczeni wróciliśmy do domu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kolejny dzień poświęciliśmy na zwiedzanie miasta. Poszliśmy sobie do starej części miasta gdzie są śliczne białe domki i wąskie uliczki. Na oknach stoją kwiaty, – co samo w sobie nie jest niczym dziwnym zapewnie, ale te wszystkie schludne okienka i kolory robią wrażenie. Takie przytulne miejsce. Chciałoby się usiąść i tak pozostać w ciszy i spokoju tych wąziutkich brukowanych ulic. Odkryliśmy muzeum drukarstwa. Prowadzone jest przez prawdziwych pasjonatów. Byliśmy tam tuż przed zamknięciem, ale Pan był tak szczęśliwy, że się pojawiliśmy i że mógł nas oprowadzić, że przedłużył czas urzędowania. To było bardzo szczególne doświadczenie z dwóch powodów – po pierwsze ogromne wrażenie robią te wszystkie stare, ale sprawne maszyny drukarskie, efekty ich pracy, czyli wydrukowane foldery, fragmenty tekstu, oprawione książki. Po prostu przysmak dla bibliofilii. Drugi powód jest taki, że rzadko spotyka się osoby, które z takim zaangażowaniem potrafią oprowadzać po muzeum. Muzeum kojarzy się z marazmem, papuciami, zatęchłym powietrzem ( no tak, dokładnie), kanapkami w papierze spożywanymi przez kustosza gdzieś ukradkiem za zasłonką – mogłabym tak jeszcze długo… W każdym razie to muzeum łamało wszelkie stereotypy. Pan opowiadał z wielką pasją o każdej maszynie, która znajdowała się na ekspozycji. Każdy folder, druk, książka miała swoją historię, którą On opowiadał nam tak, że prawie widziało się to własnymi oczami. To prawdziwa sztuka nie zanudzić zwiedzającego i sprawić, żeby dane miejsce i eksponaty naprawdę zapamiętał. Dla mnie to było naprawdę ciekawe i interesujące wydarzenie. Mile zaskoczeni i zaintrygowani udaliśmy się na dalsze zwiedzanie.&lt;br /&gt;Podreptaliśmy po nabrzeżu i trafiliśmy do Muzeum Ropy. Tutaj czekała nas kolejna duża niespodzianka. Muzeum… całkowicie interaktywne miejsce, gdzie każdy może spróbować poznać to, o czym mowa nie za szklanej szybki, ale w bezpośrednim kontakcie. Można, więc spróbować zrobić prąd a potem sprawdzić ile się go wykorzystuje po włączeniu poszczególnych urządzeń elektrycznych. W bardzo obrazowy sposób dowiadujemy się, że każda żarówka żre nam ten pracowicie zrobiony prąd a w połączeniu z pralką i lodówką spożywają go w ilościach nieprzebranych. Bardzo się trzeba, więc natrudzić, żeby miały, co „jeść” gdy mają cały czas funkcjonować bez zarzutu.&lt;br /&gt;Można od początku do końca obejrzeć, sprawdzić jak powstaje ropa, jak jest wykorzystywana, dowiedzieć się też o sposobach dbania o środowisko. Wszystko to w sposób interaktywny i niebanalny. Chociażby to, że samo muzeum jest umieszczone na starej platformie wiertniczej już o czymś świadczy. Udało mi się też wcielić w rolę operatora wyciągarki czy co tam to było. Takie duże i metalowe, – co prawda nic nie wyciągnęłam z otchłani, ale zabawa była niezła. Wędrowiec Wyższy natomiast zafundował sobie wizytę w Panic Room. Zdobył mistrzostwo, z czego byłam bardzo dumna. Słysząc jednak odgłosy, jakie dochodziły z tego pomieszczenia to miałam poważne obawy, czy aby na pewno to, co robi jest bezpieczne. Weszła sobie gromadka ludzi do ciemnego pomieszczenia i zaraz potem rozlegały się wrzaski pełne przerażenia. Nie byłam w środku, więc nie opiszę tego dokładnie. Opierając się na relacji Wędrowca Wyższego miało się do czynienia z całkowicie zaciemnionym labiryntem, w którym należało rękoma i innymi dostępnymi kończynami szukać wyjścia. Dochodziły też jakieś straszące efekty dźwiękowe, nadmuchy i inne utrudnienia. Wyglądało zabawnie, ale podobno tam w środku można było się naprawdę przestraszyć. Ja nie skorzystałam, ale Wędrowiec Wyższy był zachwycony tym doświadczeniem.&lt;br /&gt;W mieście jest też Muzeum Sardynek, ale nie udało nam się już tam dotrzeć. Zabrakło czasu. Z relacji wiem natomiast, że naprawdę warto to zobaczyć. Jedyną wadą jest … zapach. Jak ktoś nie przepada za uroczym, charakterystycznym zapachem rybek to lepiej niech ominie to miejsce jakimś względnie dużym łukiem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W dalszej części naszej wyprawy udaliśmy się w rejs statkiem. Celem były fiordy. Genialne, niezapomniane, niezwykłe, zapierające dech w piersiach widoki. Stało się na pokładzie tego statku z szeroko otwartą paszczą i chłonęło to piękno. Nie jestem w stanie nawet opisać tego wrażenia. Atrakcją było karmienie dzikich kóz żyjących gdzieś tam sobie na jednym z fiordów. Stateczek podpływał – kozy ustawiały się do karmienia a potem rzucały się jak wcale nie dzikie na podarowany im chleb. Nieźle się ustawiły. Karmienie kilka razy dziennie. Błysk fleszy i zachwyty na twarzach turystów i głaskanie. Gwiazdy…&lt;br /&gt;Bezwzględnie imponujący widok to oczywiście Pulpit Rock lub Prekestolen po norwesku. Kawał wielkiej, mięsistej skały, która wygląda tak jakby miała prosto na Ciebie spaść. Ludziki, które po niej chodziły prezentowały sobą wielkość ni mniej ni więcej małej mróweczki. Słowem fenomenalne widoki.&lt;br /&gt;Co mnie najbardziej poruszyło podczas tej wyprawy. Norwegowie są przesympatyczni. Mili, kontaktowi, bez przesady w zakresie okazywania emocji ale bezwzględnie bardzo życzliwi i pomocni. Duże wrażenie zrobił na mnie Pan sprzedający bilety na pociąg. Miałam porównanie z naszymi rodzimymi Paniami i szczerze mówiąc prawdziwie mnie to zdarzenie zdziwiło. Dlaczego? Przy lotnisku jest stacja kolei. Postanowiliśmy pojechać do Oslo ostatniego dnia tuż przed wylotem. Pan, który sprzedał nam bilety poinformował nas dokładnie do jakiego pociągu mamy wsiąść. Opisał jak będzie oznakowany szczegółowo. Wręczył nam też specjalny rozkład tak abyśmy bez problemu mogli się zorientować na jakiej stacji mamy wysiąść. Dopasował nam też trasę powrotną tak abyśmy bez problemu mogli wrócić przed odlotem samolotu. Robił to wszystko z ciepłym, szerokim uśmiechem. Na koniec życzył nam też udanego zwiedzania. Zaskoczenie…&lt;br /&gt;Oslo widzieliśmy tylko w niewielkim kawałku. Pamiętam wielkiego lwa, który stał przed wyjściem z dworca. Krążąc po ulicach natrafiliśmy też na plac, na którym ustawiony był wielki betonowy labirynt. Niezła zabawa w środku miasta. Oczywiście nie dało się w nim zgubić ale ciekawie było po nim pochodzić. Karmiliśmy kaczki w parku i wróciliśmy na lotnisko, żeby potem z prawdziwym żalem wrócić do kraju.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2725216450122470845-43259883253901858?l=rodzinawedrowcow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://rodzinawedrowcow.blogspot.com/feeds/43259883253901858/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2725216450122470845&amp;postID=43259883253901858' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2725216450122470845/posts/default/43259883253901858'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2725216450122470845/posts/default/43259883253901858'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://rodzinawedrowcow.blogspot.com/2006/08/norwegia-stavanger.html' title='Norwegia - Stavanger'/><author><name>Wesoła Ferajna</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04221381433707937073</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_7eN8GT9Ib8o/SRnb8AiIlII/AAAAAAAAAC8/G1zpiZeNcZw/s72-c/DSC03122.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2725216450122470845.post-203431028293957323</id><published>2006-06-14T11:00:00.000-07:00</published><updated>2008-11-15T11:59:12.339-08:00</updated><title type='text'>Polska - Bieszczady</title><content type='html'>&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_7eN8GT9Ib8o/SRnWoVRARAI/AAAAAAAAAB8/594P-q4lBbk/s1600-h/PICT2359.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5267477227578082306" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 320px; CURSOR: hand; HEIGHT: 240px" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_7eN8GT9Ib8o/SRnWoVRARAI/AAAAAAAAAB8/594P-q4lBbk/s320/PICT2359.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt; &lt;span style="font-family:verdana;"&gt;Wetlina, Solina, Chmiel&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-family:Verdana;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-family:verdana;"&gt;Pomysł powstał i zabraliśmy się za realizację. Byłam kiedyś dawno temu w Bieszczadach a konkretnie w Wetlinie i podobało mi się bardzo. Miałam w głowie pewne wspomnienia związane z tym miejscem. Taka wieś na końcu świata z jednym sklepem spożywczym, w którym już po dziesiątej nie żna było dostać chleba. W ogóle niewiele było mozna kupić. Bardzo mi się ten całkowity brak cywilizacji wtedy podobał. Miałam nadzieję, że nadal tam tak jest. Trochę się rozczarowałam. Wetlina okazała się po tych kilku latach całkiem odmieniona. Sklep za sklepem. Nocleg za noclegiem. Spożywczy ze wspomnień na szczęście został ale też odmieniony. Skomercjalizowany nieco bardziej i dostosowany do potrzeb tłumu turystów. Zamieszkaliśmy w Piotrowej Polanie. Pamiętałam to miejsce z wcześniejszego pobytu. Nie zmieniło się na szczęście. Ten sam właściciel z szerokim uśmiechem na twarzy i pełen entuzjazmu oraz niespożytej energii. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-family:verdana;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-family:verdana;"&gt;Domki dokładnie tak samo jak wtedy klimatyczne. Zapewniające minimum, czyli miejsce do spania i dach nad głową oraz zapach lasu przebijający się przez szpary w oknach - jakd dla mnie rewelacja. Mycie naczyń i przygotowywanie posiłków było mozliwe w osobnym przeznaczonym do tego budynku. Kąpanie i sprawy fizjologiczne w ogólnodostępnej łazience, która wyremontowana i czyściutka spełniła wszystkie moje oczekiwania. Jedzenie można też było wykupić w stołówce, która znajduje się na terenie ośrodka. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-family:verdana;"&gt;&lt;br /&gt;Wspięliśmy się między innymi na Połoninę Wetlińską. Wrażenia bezsprzecznie niezapomniane. Radosne zmęczenie i widoki, których nie da się opisać. Wtedy akurat musieliśmy się jednak dosyć szybko ewakuować – ktoś na szlaku poinformował wchodzących, że zaraz będzie duża burza i zrobi się niebezpiecznie. Miał rację. Zaraz po tym kiedy udało nam się zejść rozpadało się dosyć poważnie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt; Zawsze dla mnie to było takie niezwykłe zjawisko. Ludzie wspinający się pozdrawiają się nawzajem. Informują się o zagrożeniach. Zwykle mało jest takich sytuacji kiedy możemy doświadczyć takiej dbałości o kogoś obcego. Taki niepisany kodeks górski. Nie jestem jakąś kozicą i niezbyt często bywam w górach i może dlatego jest to dla mnie zawsze fascynujące.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z Wetliny wyjechaliśmy po kilku dniach. Drogą przez Ustrzyki Górne, która zapewnia niezwykle malownicze widoki. Asfaltowe serpentyny zapierają dech w piersiach. Kolejno minęliśmy Stuposiany i przed Smolnikiem postanowiliśmy skręcić w poszukiwaniu dzikich , prawdziwych Bieszczad. Przejechaliśmy przez Dwernik i dotarliśmy do wsi Chmiel. Droga dziurawa jak sito. Domki rozsiane w dużych odległościach od siebie. Cisza, spokój i totalne bezdroza. Jeden sklep na kilka wsi. W nim wszystko, co trzeba ale na mięso na przykład trzeba się zapisywać, bo przywożą raz w tygodniu. Genialne. Pod sklepem mieliśmy okazję spotkać prawdziwych mieszkańców Bieszczad. Przyjechali wielkim, zabłoconym jeepem sprzed potopu. Ubrani w jakieś dziwne, zamotane ciuchy. Mieli długie włosy i oczywiście nieodłączne kalosze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Znaleźliśmy dom, który oferował pokoje. Bardzo dobre warunki, cisza, czysto a za oknem widok na wijący się San. Miejsce na ognisko.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt; Oczywiście pojechaliśmy też nad Jezioro Solińskie gdzie rozrywek dla spragnionych gofrów, smażonej ryby czy też owieczek i piszczałek nie brakuje. Bezwzględnie najpiękniejsze jednak jest jezioro i sama tama. Tak więc można podziwiać widoki albo oddawać się magii zakupów. Dla każdego coś miłego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na cały dzień można się też zaszyć w górach. Przejść szlaki, które męczą jak diabli ale dają w zamian tyle radości, napełniają człowieka widokami, o których nawet nie marzył. Wspomnienia zostają na zawsze. Zmęczenie potem odreagowuje się przez kilka dni ale naprawdę warto. Nie polecam jednak wędrowania w szpilkach i bez przygotowania. Jeżdżąc po okolicy znaleźliśmy między innymi obóz harcerski zaszyty gdzieś głęboko po drugiej stronie rzeki San. Można się było do niego dostać przechodząc przez most zawieszony na linach. Pokonując most zobaczyliśmy sarnę, która niczym jelonek Bambi brykała po kamieniach. Nie zdążyłam nawet wyciągnąć aparatu – tak jej to skakanie dobrze szło.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak więc oglądania, wyciszenia, zmęczenia, odkrywania w Bieszczadach jest moim zdaniem co niemiara. Każdy coś dla siebie znajdzie. Miejsca, gdzie dotarła już w pełni cywilizacja i takie, do których dojeżdża się dziurawymi drogami , zaszyte gdzieś w ciemnym lesie.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2725216450122470845-203431028293957323?l=rodzinawedrowcow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://rodzinawedrowcow.blogspot.com/feeds/203431028293957323/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2725216450122470845&amp;postID=203431028293957323' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2725216450122470845/posts/default/203431028293957323'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2725216450122470845/posts/default/203431028293957323'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://rodzinawedrowcow.blogspot.com/2006/06/polska-bieszczady.html' title='Polska - Bieszczady'/><author><name>Wesoła Ferajna</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04221381433707937073</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_7eN8GT9Ib8o/SRnWoVRARAI/AAAAAAAAAB8/594P-q4lBbk/s72-c/PICT2359.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2725216450122470845.post-2104623666383811665</id><published>2005-12-09T11:30:00.000-08:00</published><updated>2008-11-15T11:59:55.740-08:00</updated><title type='text'>Polska - Pilica</title><content type='html'>&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_7eN8GT9Ib8o/SRndXrSlWOI/AAAAAAAAADM/WvGLYm7n11c/s1600-h/DSC02539.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5267484638013905122" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 240px; CURSOR: hand; HEIGHT: 320px" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_7eN8GT9Ib8o/SRndXrSlWOI/AAAAAAAAADM/WvGLYm7n11c/s320/DSC02539.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;div&gt;&lt;span style="font-family:verdana;"&gt;Wyruszyliśmy białą strzałą w piątek zaraz po pracy. Śnieg sypał tak, że prawie nic nie było widać. Na drodze gigantyczny korek a za oknami zawierucha. Mniej więcej w połowie drogi strzała odmówiła współpracy. Na szczęście tylko częściowo. Odmowa polegała na tym, że coś zaczęło wyć przy lewym kole. Nie przestało aż do końca trasy. Jechaliśmy powoli słysząc prawie nieustannie dziwne rzężenie, śnieg sypał, zimno jak diabli. Słowem warunki wymarzone na długą podróż. Do Pilicy dotarliśmy późną nocą. Pani musiała na nas czekać i była lekko obrażona. Dokoła ciemna noc i śnieg w ilościach nieprzebranych. Czapy na drzewach i skrzypienie pod nogami. Pięknie i magicznie. Byliśmy sami w całym ośrodku. Pokoik skromny ale bez zastrzeżeń jeżeli chodzi o ogólne wrażenie. Może poza tym, że jak się wymeldowywaliśmy to Pani liczyła łyżeczki, talerzyki, szklanki. Tak więc ewentualnych łowców komunistycznych łyżeczek uprzedzam, że tam wszystko jest pod kontrolą i tak łatwo nie da się wejść w posiadanie tych trofeów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kolejnego dnia ubraliśmy się tak ciepło jak to było możliwe i ruszyliśmy. Magiczne, magiczne i jeszcze raz podkreślę magiczne miejsca. Dodatkowego uroku dodawały pustki, cisza i ten śnieg, który czasem niezwykle utrudniał wspinaczkę i eksplorowanie ruin. Po pierwsze jest to miejsce w pobliżu , którego znajduje się naprawdę wiele ruin zamków. Miłośnicy ruin nie poczują się więc rozczarowani. Jako pierwszy obejrzeliśmy zamek Ogrodzieniec. Krążyliśmy dookoła niego oczarowani i zaskoczeni rozmachem i wielkością tej budowli. Fakt, że z zamku to już niewiele zostało ale same mury wystrzeliwujące wysoko w niebo, zbudowane na wzniesieniu, oświetlone w promieniach słońca robią ogromne wrażenie i każdy powinien to zobaczyć własnymi oczami. Zimą szybko się robi ciemno więc zwiedzaliśmy też to miejsce w szarościach zmierzchu, co sprawia, że wyobraźnia zaczyna intensywnie pracować i uwalniają się wszelkie zamkowe tajemnice.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kolejno odwiedziliśmy też Smoleń oraz Pieskową Skałę. Kręciliśmy się też po okolicznych wsiach, lasach chłonąc ciszę i obserwując jak wszystko dokoła tkwi w zimowym uśpieniu. Pewnie latem zwolenników wędrówek po tych okolicach jest znacznie więcej a co za tym idzie zmienia się też okoliczny krajobraz. Pewnie więcej jest jarmarków, krzyku, zgiełku. Mnie natomiast oczarowała cisza, zwiedzanie zamków o zmierzchu w całkowitym odosobnieniu. Możliwość zastanawiania się i wyobrażania sobie historii oraz zdarzeń jakie mogłyby mieć w nich kiedyś miejsce. Wszystko to sprawiło, że wspominam tę podróż z ogromnym sentymentem. Jako czas zastanowienia się, wyciszenia, spokoju i wędrówek po wielu ciekawych miejscach.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;span style="font-family:Verdana;"&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div&gt; &lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;span style="font-family:verdana;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;span style="font-family:verdana;"&gt;Oczywiście ruin zamków jest tam znacznie więcej i wszystkie zasługują na odwiedzenie. Będąc tam mieliśmy w sumie niewiele czasu i wykorzystaliśmy go do granic możliwości. Wrócimy wkrótce obejrzeć kolejne ruiny i na pewno zawitamy w takich miejscach jak Tęczyn ( ruiny podobno grożą zawaleniem ale istnieje szansa na odbudowę i konserwację zabudowań), Ojców, Będzin czy chociażby Koziegłowy.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2725216450122470845-2104623666383811665?l=rodzinawedrowcow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://rodzinawedrowcow.blogspot.com/feeds/2104623666383811665/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2725216450122470845&amp;postID=2104623666383811665' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2725216450122470845/posts/default/2104623666383811665'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2725216450122470845/posts/default/2104623666383811665'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://rodzinawedrowcow.blogspot.com/2005/12/polska-pilica.html' title='Polska - Pilica'/><author><name>Wesoła Ferajna</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04221381433707937073</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_7eN8GT9Ib8o/SRndXrSlWOI/AAAAAAAAADM/WvGLYm7n11c/s72-c/DSC02539.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry></feed>
